Spowiednik Radzi

Katecheza 1


Katechezy na temat sakramentu pokuty, które właśnie rozpoczynamy i zamierzamy kontynuować w bieżącym roku duszpasterskim, mają na celu przypomnienie podstawowych prawd dotyczących tego właśnie sakramentu. Sakrament pokuty uważany jest często za sakrament najtrudniejszy do praktykowania. Odnowienie i pogłębienie wiedzy na jego temat ma pomóc w częstszym i owocniejszym korzystaniu z bogactwa łaski, którą obdarza.
Sakrament pokuty jest jednym z dwóch sakramentów uzdrowienia. W różny sposób bywa nazywany. Obok nazwy 'sakrament pokuty' używa się także takich nazw jak: 'sakrament nawrócenia', 'sakrament spowiedzi', 'sakrament przebaczenia', 'sakrament pojednania' (zob. Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 1423-1424). Najczęściej mówi się o sakramencie pokuty lub po prostu o spowiedzi św. Jakkolwiek by jednak nazwało się ten sakrament, zawsze chodzi zasadniczo o to samo: ci, którzy do niego przystępują 'otrzymują od miłosierdzia Bożego przebaczenie zniewagi wyrządzonej Bogu i równocześnie dostępują pojednania z Kościołem' (Sobór Watykański II, konst. Lumen gentium 11).
Podstawową prawdą związana z sakramentem pokuty nie jest bynajmniej prawda o grzechu i o człowieku jako grzeszniku, lecz prawda o Bogu i Jego miłości. Sakrament pokuty odsłania przede wszystkim bardzo piękny i poruszający obraz Boga. Oto bowiem, w spowiedzi św., Bóg chce spotkać się z nami na tych miejscach naszego życia, które zostały naznaczone grzechem. Niesłychanie pokorny w swej miłości jest Pan Bóg, jeśli chce się spotykać z nami właśnie na takich miejscach! Bo miejsca naszego grzechu to są miejsca, na których Go obraziliśmy. W spotkaniach z ludźmi raczej staramy się unikać takich miejsc, na których nas obrażono. Takie miejsca często napawają nas bólem. A Bóg właśnie takie miejsca wybiera na spotkanie z nami. Te miejsca naszego grzechu bolą nie tylko nas, one również napawają cierpieniem samego Boga. Ale On nie chce ich unikać! Wie bowiem Pan Bóg, że tylko Jego obecność, tylko Jego nawiedzenie może sprawić, by miejsca te zostały uzdrowione i przemienione. Spotykając Boga na miejscach swego grzechu, grzeszny człowiek zaczyna  rozumieć coś naprawdę bardzo ważnego: jeżeli Bóg chce spotkać się ze mną na takich miejscach, to znaczy że On na tych miejscach nadal mnie kocha; skoro chce się spotkać ze mną tam, gdzie jest mój grzech to znaczy, że Bóg kocha mnie pomimo mojego grzechu czy też 'w moim grzechu'; Jego miłość do mnie nie zmienia się pomimo mojego grzechu. Tak więc, jeżeli sakrament pokuty odkrywa przed nami, że jesteśmy grzesznikami to o tyle tylko, o ile jesteśmy grzesznikami nieustannie kochanymi. To świadomość bycia kochanym pozwala grzesznemu człowiekowi mieć pokorną nadzieję na przebaczenie i pojednanie z kochającym Bogiem. Dodajmy jeszcze, że to spotkanie Boga z człowiekiem na miejscu ludzkiego grzechu ma bardzo osobisty charakter. Można nawet powiedzieć, że intymny. Wyrazem tego jest indywidualny charakter spowiedzi św. praktykowanej w Kościele katolickim. Często zwyczaj ten bywa krytykowany i atakowany. Mówi się czasami, że lepiej by było spowiadać się zbiorowo. Pomyślmy jednak: jeżeli nasze ciało jest chore bardzo nam zależy, by lekarz zajął się nami osobiście. Nie wyobrażamy sobie leczenia zbiorowego: zbiorowego wywiadu lekarskiego, zbiorowej diagnostyki i wreszcie zbiorowej porady - dla wielu pacjentów, chorujących na różne choroby ta sama rada i to samo lekarstwo. To, co jest dla nas oczywiste w zakresie leczenia naszego ciała, często przestaje być przekonujące, gdy chodzi o duszę. Z chorobami naszej duszy chętnie schowalibyśmy się wśród innych ludzi. Pan Bóg jednak, jako najlepszy lekarz, wie, że grzech bardzo osobiście zranił człowieka i dlatego On sam również bardzo osobiście chce zająć się poranioną ludzką duszą. To indywidualne spotkanie z Bogiem jest tak ważne, że nawet wtedy, gdy z uzasadnionych powodów można skorzystać z rozgrzeszenia zbiorowego "wierni, dla ważności rozgrzeszenia, muszą postanowić wyspowiadać się indywidualnie ze swoich ciężkich grzechów, gdy tylko będą mieli do tego okazję" (Kodeks Prawa Kanonicznego, kan.962,&1; Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 1483).   Wszystko to pozwala odkryć obraz Boga nie tylko niesłychanie pokornego i wiernego w miłowaniu, ale również bardzo delikatnego i czułego w zatroskaniu.
Tę podstawową prawdę o Bogu trzeba mieć nieustannie przed oczami, gdy próbuje się zrozumieć to, czym jest sakrament pokuty, a zwłaszcza mroczna rzeczywistość grzechu, którą się zajmuje. Zapoznanie tej prawdy grozi popadnięciem w lęk. I faktycznie, wielu ludzi spowiedzi św. po prostu bardzo się lęka. Mówią, że z powodu grzechów. Ale tak naprawdę, to raczej z powodu tego, że zapomnieli prawdy o Bogu.

ks. Paweł Nowak

Katecheza 2


Sakrament pokuty jest bardzo osobistym spotkaniem grzesznego człowieka z Panem Bogiem. Ci, którzy do niego przystępują otrzymują od Bożego miłosierdzia przebaczenie swoich grzechów. Tylko Bóg bowiem może przebaczyć grzechy. Tylko On może darować zniewagę uczynioną Jemu Samemu.

W okazywaniu miłosierdzia Pan Bóg nie jest niczym skrępowany, ani ograniczony. Może przebaczyć grzechy w taki sposób, jaki uważa za najbardziej właściwy. Jego wolą jednak jest to, by w sposób zwyczajny dokonywało się to w akcie sakramentalnej spowiedzi (Kodeks Prawa Kanonicznego, kan. 960). Pan Bóg zrealizował swój zamysł poprzez zbawczą misję swojego Syna. Jezus Chrystus, Syn Boży, przebywał wśród ludzi, aby wyzwolić ich z niewoli grzechów. Wzywając do pokuty, wielokrotnie wykonywał Boską władzę odpuszczania grzechów (zob. Obrzędy pokuty, Wprowadzenie, nr 1-2), a ostatecznie umarł na krzyżu właśnie po to, by ludziom były darowane ich winy. Owoce swej męki, śmierci i zmartwychwstania Pan Jezus uobecnił w świętych sakramentach. Jak naucza św. Tomasz z Akwinu: "... to, co dobrego uczynił Chrystus, służy wszystkim chrześcijanom (...) przez sakramenty święte, w których działa moc męki Chrystusowej, dającej łaskę odpuszczenia grzechów" (Wykład Składu Apostolskiego, art.10, nr 129). Na mocy swego boskiego autorytetu, Pan Jezus powierzył władzę sprawowania sakramentów i odpuszczania grzechów ludziom. Najpierw apostołom, bezpośrednim swoim zastępcom, a poprzez nich biskupom i współpracującym z nimi kapłanom. W ten sposób, sakramentalna władza odpuszczania grzechów realizuje się nieustannie w Kościele.

 

Oczywiście, tak jak wszystko na tym świecie, również zewnętrzna forma sprawowania tej władzy, podlegała historycznemu rozwojowi.

Katechizm Kościoła Katolickiego w następujący sposób charakteryzuje ten rozwój: "W ciągu wieków w sposób zasadniczy zmieniła się konkretna forma, w jakiej Kościół wykonywał tę władzę otrzymaną od swego Pana. W pierwszych wiekach pojednanie chrześcijan, którzy popełnili po chrzcie szczególnie ciężkie grzechy (na przykład bałwochwalstwo, zabójstwo czy cudzołóstwo), było związane z bardzo surową dyscypliną, wymagającą od penitentów odbycia publicznej pokuty za grzechy, często trwającej przez długie lata, zanim otrzymali dar pojednania. Do tego "stanu pokutników" (który obejmował jedynie popełniających pewne ciężkie grzechy) można było zostać dopuszczonym bardzo rzadko, a w niektórych regionach tylko raz w życiu. W VII wieku, pod wpływem tradycji monastycznej Wschodu, misjonarze irlandzcy przynieśli do Europy kontynentalnej "prywatną" praktykę pokuty, która nie wymagała publicznego ani długotrwałego pełnienia dzieł pokutnych przed uzyskaniem pojednania z Kościołem. Od tego czasu sakrament urzeczywistnia się w sposób bardziej dyskretny między penitentem a kapłanem. Nowa praktyka przewidywała możliwość powtarzania sakramentu pokuty i otwierała w ten sposób drogę do regularnego przystępowania do tego sakramentu. Umożliwiała - w tej samej celebracji sakramentalnej otrzymanie przebaczenia grzechów ciężkich i powszednich. Jest to zasadnicza forma pokuty, którą Kościół praktykuje do dzisiaj" (nr 1447).

Jakkolwiek jednak w historii wyglądało sakramentalne pojednanie z Bogiem, to zawsze dokonywało się ono w Kościele i za pośrednictwem Kościoła. Dlatego i współcześnie przychodzimy do spowiedzi i wyznajemy swoje grzechy Panu Bogu poprzez posługę kapłana. Warto wiedzieć, że musi to być ksiądz specjalnie do tego upoważniony. Specjalne przepisy określają tzw. jurysdykcję, czyli pozwolenie do słuchania spowiedzi. Biskup diecezji wydaje je poszczególnym kapłanom. Ponadto, w trosce o sakramentalne pojednanie z Bogiem, Kościół zobowiązuje każdego spowiednika pod bardzo surowymi karami do zachowania absolutnej tajemnicy odnośnie do poznanych w czasie spowiedzi grzechów. Spowiednik nie może również wykorzystywać wiadomości o życiu penitentów, jakie uzyskał w czasie spowiedzi. Tajemnica ta, która nie dopuszcza żadnych wyjątków, nazywa się "pieczęcią sakramentalną"(Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 1467). Uznaje ją i respektuje również prawo świeckie (zob. Kodeks postępowania cywilnego art.261 ust.2; Kodeks postępowania karnego art. 178 pkt 2).

Pomimo tego wszystkiego, pośrednictwo Kościoła w czasie pojednania grzesznika z Bogiem bywa ciągle niezrozumiane. Czasami mówimy, że lepiej było by spowiadać się bez obecności kapłana, bezpośrednio samemu Bogu. Pomyślmy jednak: przecież gdy nawiedza nas choroba ciała, jedną z podstawowych potrzeb jaką wówczas odczuwamy, jest potrzeba obecności kogoś drugiego. To, czego w chorobie boimy się najbardziej to samotność. Odczuwając dolegliwości ciała, zabiegamy o obecność innych ludzi. Czasami, na przykład po operacji, ta obecność drugiego człowieka okazuje się niezbędna. Pan Bóg, lecząc naszą duszę w sakramencie pokuty, również pragnie, byśmy nie byli sami. I dlatego uzdrawia nas we wspólnocie Kościoła: wśród ludzi nam podobnych, rozumiejących naszą słabość. Kościół wspiera nawracającego się grzesznika swoją modlitwą, a po spowiedzi towarzyszy mu na drodze duchowej odnowy.

Ten kościelny wymiar sakramentu pokuty został uroczyście wyrażony przez Pana Jezusa w słowach skierowanych do Szymona Piotra: "Tobie dam klucze Królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie" (Mt 16,19). Katechizm Kościoła Katolickiego wyjaśnia ten tekst w sposób następujący: "Słowazwiązać i rozwiązać oznaczają: ten, kogo wy wyłączycie z waszej komunii, zostanie także wyłączony z komunii z Bogiem; a tego, kogo wy na nowo przyjmiecie do waszej komunii, Bóg również przyjmie do komunii ze sobą" (nr 1445).

Tak więc, pojednanie z Kościołem jest nierozdzielnie związane z pojednaniem z Bogiem.
 
ks. Paweł Nowak
 

Katecheza 3


W sakramencie pokuty Pan Bóg przebacza człowiekowi popełnione przez niego grzechy.

Magisterium Kościoła określa grzech jako czyn ludzki, w którym człowiek, mając świadomość istniejącego porządku moralnego, narusza go dobrowolnie tzn. bez przymusu i bez wewnętrznego zniewolenia (Encyklopedia Katolicka, t.6, Lublin 1993, kol.274). Tak właśnie rzeczywistość i konsekwencje grzechu opisuje Pismo święte. Szczególnie pouczający jest w tym względzie biblijny opis raju i grzechu pierwszych ludzi. Raj był szczęśliwym domem, w którym Bóg zamieszkał ze swoim stworzeniem, zwłaszcza z człowiekiem. Domem pełnym równowagi, harmonii, jakiegoś wewnętrznego ciepła i pokoju. Człowiek miał świadomość obowiązujących w tym domu zasad stojących na straży wewnętrznego ładu. A jednak, w sposób zupełnie wolny złamał te zasady. Naruszając ustanowiony porządek, człowiek wystąpił przeciwko Bogu, obraził Go i popełnił wobec Niego grzech. Zniszczył przy tym pierwotne piękno stworzenia (także piękno samego siebie) i zakłócił pełne pokoju relacje z drugim człowiekiem.

W naszym życiu - podobnie jak w raju - grzech ma miejsce wtedy, gdy dochodzi do naruszenia ustanowionego przez Boga porządku istnienia. Miłość uczynił Pan Bóg podstawową zasadą życia stworzonego przez siebie świata. Wszystko, co jest przeciwne miłości, narusza harmonię i równowagę stworzenia. Ponieważ zaś sam Bóg jest pełnią Miłości, wszystko co niszczy miłość w stworzonym świecie, rani jednocześnie tę Miłość, którą jest Bóg Sam w Sobie. Staje się grzechem, który Boga obraża i od Boga odwraca. 

Podstawowym warunkiem skorzystania z sakramentu pokuty jest uznanie własnej grzeszności. Prawdę o swoim grzechu człowiek poznaje w sumieniu. Nie znaczy to, że sumienie prawdę tę ustanawia. To, czy coś jest grzechem nie zależy bowiem od osobistego, subiektywnego przekonania indywidualnego człowieka. Prawda o tym, co dobre, a co złe jest prawdą obiektywną, wspólną dla wszystkich ludzi. Indywidualny człowiek, uznając tę obiektywną prawdę, w sumieniu bada, czy zachował jej normy w swoim działaniu. Kościół, formułując swoją naukę moralną, pomaga człowiekowi odczytać obiektywną prawdę o tym, co jest grzechem, a co nim nie jest. Każdy wierzący powinien, na miarę swoich możliwości, naukę tę poznać. Wychowuje w ten sposób swoje sumienie i pomaga mu podejmować właściwe decyzje moralne. Trzeba pamiętać, że wprawdzie niewiedza jako taka usuwa lub ogranicza winę moralną, niemniej celowe zaniedbanie poznania jest winą człowieka.

Znakiem przejrzystości sumienia jest akt zwany tradycyjnie rachunkiem sumienia. Podczas rachunku sumienia człowiek ma po prostu uświadomić sobie grzechy, które popełnił. Może tego dokonać zastanawiając się nad swoim życiem np. w oparciu o Dekalog czy o przykazanie miłości. Taka samodzielna refleksja jest bardzo wartościowa, chociaż może być narażona na niebezpieczeństwo przyzwyczajenia do pewnych schematów myślenia o sobie. Dlatego też warto, przynajmniej od czasu do czasu, korzystać z przygotowanych rachunków sumienia. Ich opracowania zamieszczone są w każdej książeczce do nabożeństwa czy współcześnie np. w internecie. Intencją tych opracowań nie jest sporządzenie wyczerpujących list możliwych grzechów, lecz wskazanie kierunków myślenia, na które indywidualnemu człowiekowi czasami trudniej samodzielnie trafić. Jakkolwiek by jednak wyglądał rachunek sumienia, najważniejsze jest by go przeprowadzić. Pomyślmy, jak wiele wysiłku wkładamy w przygotowanie naszej wizyty u lekarza. Zastanawiamy się co i jak powiedzieć o swojej chorobie, by niczego istotnego nie pominąć. Zdajemy sobie sprawę, że jest to bardzo ważne dla właściwej diagnozy i podjętego leczenia. Podobnie, idąc do spowiedzi św. starajmy się w dobrze przeprowadzonym rachunku sumienia, właściwie ocenić stan swej duszy.

Dodajmy jednak na koniec, że tym, co w sposób ostateczny przygotowuje nas do odbycia spowiedzi św. jest pokorna modlitwa do Pana Boga. Pomaga nam ona ufnie przybliżyć się do Niego i otwiera na przyjęcie Jego miłosierdzia. Jest zasadniczym warunkiem skorzystania z sakramentu pokuty, który jest przecież spotkaniem duszy z Bogiem.

Katecheza 4


W Katechizmie Kościoła Katolickiego czytamy, że wśród aktów osoby korzystającej z sakramentu pokuty, pierwsze miejsce zajmuje żal za grzechy (nr 1451). Warto na to zwrócić uwagę, gdyż korzystając ze spowiedzi św. skupiamy się zazwyczaj na czymś innym, a mianowicie na przypomnieniu sobie i dokładnym wypowiedzeniu wszystkich grzechów. Chociaż jest to bardzo ważne, okazuje się jednak, że bynajmniej nie najważniejsze. Katechizm przypomina, że za grzechy można żałować z różnych powodów. Można to czynić np. z lęku przed karą lub wiecznym potępieniem. Taki żal nazywa się "niedoskonałym". Żal może jednak wypływać także z głębszych pobudek, przede wszystkim z czystej miłości do Pana Boga. Jest wówczas nazywany "żalem doskonałym" i jako taki odpuszcza grzechy powszednie. W pewnych okolicznościach przynosi zaś przebaczenie nawet grzechów ciężkich, np. wtedy, gdy z różnych powodów nie ma możliwości skorzystania z sakramentu pokuty. Konieczne jest jednak, by żal zawierał wówczas mocne postanowienie przystąpienia do spowiedzi, gdy tylko będzie to możliwe (zob. KKK nr 1452).

Szczery akt żalu zapoczątkowuje dogłębną przemianę duchową człowieka. Przypomnijmy jedną z najbardziej poruszających historii opisanych na kartach Pisma św., a mianowicie historię św. Piotra Apostoła. W chwili próby trzykrotnie zaparł się swego Mistrza. Gdy jednak Jezus spojrzał na niego z nieskończoną miłością, Piotr zrozumiał zło swego uczynku i zapłakał szczerymi łzami żalu. Podobnie jest i w naszym życiu. Żal to nie emocjonalne wzruszenie. Prawdziwy żal za grzechy rodzi się w sumieniu, które widząc wielkie cierpienie Chrystusa i własne grzechy, które je sprawiły, jednocześnie dostrzega bezmiar przebaczającej Bożej miłości. Zrozumiawszy zło swego grzechu, dusza pragnie szczerze się od niego odwrócić. Boleje i smuci się, że swoją nieprawością zraniła miłosiernego Boga. Świadomość, że pomimo tego jest nadal kochana nieskończoną miłością zapoczątkowuje proces nawrócenia. Cała ta wewnętrzna przemiana jest nie tyle czysto ludzkim wysiłkiem, co raczej poruszeniem ze strony Boga, który ukazuje się duszy jako zraniony i cierpiący a jednocześnie nieskończenie miłosierny i przebaczający. Nawracamy się, patrząc na Tego, którego przebiły nasze grzechy (Katechizm Kościoła Katolickiego nr 1431-1432).

Szczery żal za grzechy sprawia, że serce grzesznika - do tej pory twarde i ociężałe - zaczyna kruszeć. Kruszeje w człowieku zarozumiałe przeświadczenie o własnej bezgrzeszności i niewinności. Kruszeje egoistyczne skoncentrowanie się na sobie samym, pewność siebie i wyniosłość. Kruszeje miłość własna, która nie pozwala pojednać się z bliźnim. Jakkolwiek byśmy nie nazwali tego, co kruszeje pod wpływem żalu, zawsze dojdziemy do tego, że kruszeje ludzka pycha. Tym zaś, co kruszy jest pokora. A dokładniej, pokornie przyjęta prawda o sobie jako grzeszniku. Ludzki duch kruszeje, pokorniejąc przyjmowaną prawdą.

Skrucha sprawia, że ludzkie serce staje się otwarte na przyjęcie Bożej łaski oraz na dalszą przemianę. Podobne jest do poruszonej, skruszonej przez rolnika ziemi. Skruszona łatwiej przyjmie życiodajny deszcz i otworzy się na wydanie plonu. Podobnie skrucha: dysponuje do przyjęcia miłosierdzia Bożego oraz sprawia, że serce zaczyna pragnąć nowego życia. To, co zazwyczaj nazywamy "postanowieniem poprawy" jest w tym kontekście naturalną konsekwencją szczerego i prawdziwego żalu. Nie da się naprawdę żałować za grzechy, nie chcąc się z nich poprawić. Nie sposób również postanowić poprawy jeśli się czegoś nie żałuje. Te dwa elementy uzupełniają się wzajemnie w procesie nawrócenia człowieka. Postanowienie poprawy nie może być pewną siebie deklaracją bezgrzeszności w przyszłości, wyrażaną czasami w słowach: "obiecuje, że już nigdy nie zgrzeszę". Człowiek pozostaje słaby i grzeszny również po szczerym żalu i dobrej spowiedzi św. Postanowienie poprawy powinno być pokornym aktem woli człowieka, który świadomy swej słabości, pomimo tego, że nie wie, czy się uda, chce jednak spróbować odmienić swoje życie. I dlatego obiecuje dołożyć wszelkich możliwych dla siebie starań, by po spowiedzi nie wracać do starych grzechów. Chrześcijańskie postanowienie poprawy jest wyrazem wiary w Boga, który zbawiając człowieka przez śmierć i zmartwychwstanie Swego Syna Jezusa Chrystusa "... ku wolności nas wyswobodził" (zob. Gal 5,1).

Zakończmy słowami Soboru Trydenckiego (DS. 1676), który nauczał, że żal za grzechy to "ból duszy i znienawidzenie popełnionego grzechu z postanowieniem niegrzeszenia w przyszłości".
ks. Paweł Nowak
 

Katecheza 5


Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina, że grzesznik uwolniony w sakramencie pokuty ze swoich grzechów, powinien za nie "zadośćuczynić" w odpowiedni sposób. Rozgrzeszenie bowiem gładzi grzechy, ale nie usuwa wszystkich spowodowanych przez nie nieporządków. Grzesznik, aby odzyskać pełnię zdrowia duchowego, powinien zrobić coś jeszcze, by naprawić swoje winy. To zadośćuczynienie jest nazywane także pokutą (nr 1459).

 

Pokutę nakłada spowiednik po wyznaniu grzechów i stosownym pouczeniu. Pokuta powinna uwzględniać zarówno sytuację osobistą penitenta, jak i naturę wyznanych grzechów. Ma być taka, by służyła dobru duchowemu nawracającego się grzesznika.

Zazwyczaj za pokutę zadawana jest jakaś modlitwa do odmówienia. Grzech bowiem przede wszystkim rani duszę i osłabia więź grzesznika z Bogiem. Lekarstwem na to podstawowe nieuporządkowanie będące skutkiem grzechu jest modlitwa. Jakkolwiek przyzwyczajeni bywamy do modlitewnych pokut starajmy się zawsze wypełniać je z wielką starannością. Stanowią one bowiem wielką pomoc dla duszy, która po wyznaniu grzechów i sakramentalnym rozgrzeszeniu próbuje odzyskać właściwą dla siebie równowagę duchową.

Oprócz modlitwy, za pokutę mogą być również zadawane inne czyny pokutne. Należą do nich np.: dobrowolna ofiara, dzieła miłosierdzia, służba bliźniemu, wyrzeczenie i umartwienie, pokorne znoszenie cierpienia, cierpliwa akceptacja codziennego krzyża (zob. KKK, nr 1460). Każdy z tych czynów pokutnych spełnia właściwą dla siebie funkcję. Uczynki miłości bliźniego wynagradzają oziębłość i wyrządzoną krzywdę. Dobrowolne umartwienia ćwiczą osłabioną wolę, by mogła zwycięsko zmierzyć się z pokusami. Wierne wypełnianie codziennych obowiązków uczy cierpliwości, wytrwałości i odpowiedzialności.

Zarówno modlitwa jak i inne czyny pokutne pomagają upodobnić się do Chrystusa, który zadośćuczynił za wszystkie ludzkie grzechy.

Jako zadośćuczynienie należy traktować także wszystkie te czyny, które zmierzają do naprawienia szkód i krzywd, które zostały wyrządzone przez popełnione grzechy. Tak więc - w ramach zadośćuczynienia - należy oddać rzeczy ukradzione, odwołać oszczerstwo i przywrócić dobre imię oczernionemu, wynagrodzić wyrządzoną niesprawiedliwość. Nie wystarczy więc z pewnych grzechów się wyspowiadać. Należy naprawić zło, które te grzechy wyrządziły. Bardzo często nie jest to łatwe. I dlatego, czyny te noszą znamię autentycznej pokuty.

Ogólnie mówiąc, w zadośćuczynieniu chodzi o to, by w jakiś sposób powrócić na miejsce popełnionego grzechu. Powrócić jednak nie po to, by grzech rozpamiętywać czy w nieskończoność obwiniać się i obciążać z powodu wyrządzonego zła. W zadośćuczynieniu chodzi o taki powrót na miejsce popełnionego grzechu, który ten grzech przezwycięża. A zło grzechu można przezwyciężyć tylko dobrem. W myśl nauki św. Pawła: "Zło dobrem zwyciężaj" (Rz 12,21). W pokucie więc, chodzi po prostu o miłość: o uczynek miłości, o słowo miłości, o zamiar miłości. Zadośćuczynienie rozumiane jako odbudowanie miłością tego, co brak miłości zniszczył, dopełnia w naturalny sposób poprzedzające je akty żalu za grzechy i postanowienia poprawy. Szczery żal i wola poprawy w naturalny sposób przyzywają czynu miłości, który je dopełnia.

Dodajmy na koniec, że zadośćuczynienie jest jednym z podstawowych warunków sakramentu pokuty. Pokutę trzeba po prostu wiernie wypełnić. Zaniedbanie pokuty jest winą, którą trzeba koniecznie wyznać przy kolejnej spowiedzi.
ks. Paweł Nowak
 

Katecheza 6


Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina, że do istotnych aktów nawracającego się człowieka, obok żalu i zadośćuczynienia, należy także wyznanie grzechów: "Pokuta zobowiązuje grzesznika do dobrowolnego przyjęcia wszystkich jej elementów: żalu w sercu, wyznania ustami (...) owocnego zadośćuczynienia w postępowaniu (KKK nr 1445). Owo "wyznanie ustami", czyli oskarżenie się przed kapłanem Kościoła z popełnionych grzechów, jest tak ważnym elementem sakramentu pokuty, że powszechnie nazywa się go właśnie "świętą spowiedzią". Teologia katolicka nazywa wyznawane na spowiedzi grzechy "materią" sakramentu pokuty, czyli czymś, bez czego nie ma tego sakramentu. Znaczy to tyle, że aby otrzymać rozgrzeszenie trzeba koniecznie wyznać jakieś, popełnione przez siebie, grzechy.

 

Wydaje się to oczywiste. To, co oczywiste w teorii nie zawsze jednak bywa tak oczywiste w praktyce naszych zachowań. Doświadczenie konfesjonału poucza, że w czasie spowiedzi nierzadko mamy do czynienia ze swoistą "ucieczką przed wyznaniem grzechów". Ma to miejsce np. wtedy, gdy penitent twierdzi, że nic złego nie zrobił i nie ma żadnych grzechów do wyznania. Kiedy indziej, zdarza się, że penitent wyznaje grzechy cudze, np. swoich najbliższych, z którymi pozostaje w konflikcie. Bywa również i tak, że spowiedź staje się okazją do opowiadania o problemach i trudnościach życia. Zapewne bardzo różne bywają powody tej swoistej "ucieczki" od wyznania grzechów. Począwszy od niezawinionej nieumiejętności, a skończywszy na zgubnym przekonaniu o swej bezgrzeszności i przemyślnej obronie siebie samego. W kontekście tych wszystkich zachowań warto przypomnieć, że do sakramentu pokuty przystępujemy nie - przede wszystkim - po to, by porozmawiać o swoich problemach; nie po to, by usłyszeć odpowiedź na nurtujące nas pytania; nie po to, by zwierzyć się ze swych kłopotów i usłyszeć radę kogoś bardziej kompetentnego; nie po to, by poskarżyć się na krzywdę wyrządzoną przez innych ludzi. Jeżeli to wszystko może wystąpić i faktycznie występuje to jak gdyby w tle, jako ?stan poddanego grzechowi stworzenia? (Jan Paweł II, Reconciliatio et paenitentia, nr 31). Na pierwszym jednak miejscu powinno być wyznanie grzechów: grzesznik ma odsłonić swoje grzechy. Człowiek rozumie, że przez konkretny swój czyn wzgardził miłością Boga i tym samym Go obraził. Przychodzi do spowiedzi, by Mu to wyznać, przeprosić Go za to i prosić o przebaczenie.

 

Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina najważniejsze zasady związane z wyznawaniem grzechów (zob. nr 1456nn). Na spowiedzi więc penitenci powinni wyznać wszystkie grzechy śmiertelne, których są świadomi po dokładnym zbadaniu siebie, chociaż byłyby one najbardziej skryte. Każdy wierny obowiązany jest to uczynić przynajmniej raz w roku. Ten, kto ma świadomość popełnienia grzechu śmiertelnego, nie powinien przyjmować Komunii świętej, nawet jeśli przeżywa wielką skruchę, bez uzyskania wcześniej rozgrzeszenia sakramentalnego. Wyznając grzechy ciężkie należy określić częstotliwość ich popełniania. Wyznawanie grzechów powszednich nie jest ściśle konieczne, niemniej jest przez Kościół gorąco zalecane. Regularne spowiadanie się z grzechów powszednich pomaga nam kształtować sumienie, walczyć ze złymi skłonnościami, poddawać się leczącej mocy Chrystusa i postępować w życiu duchowym. Warto, przy okazji, uświadomić sobie, że grzechem śmiertelnym jest ten, który dotyczy materii poważnej i który nadto został popełniony z pełną świadomością i całkowitą zgodą (Jan Paweł II, Reconciliatio et paenitentia, nr 17). Jeżeli nie przestrzega się normy moralnej w materii lekkiej, lub też nie ma pełnego poznania albo całkowitej zgody, mamy do czynienia z grzechem powszednim (KKK nr 1862).

 

Dodajmy, że wyznanie grzechów na spowiedzi św. musi być absolutnie szczere. Największym nieszczęściem spowiadającego się penitenta jest zatajenie grzechu. Ma to miejsce wtedy, gdy człowiek z pełną świadomością przemilcza prawdę o swoim grzechu, próbując oszukać samego Boga. Popełnia wówczas grzech świętokradztwa, a sakrament pokuty jest nieważny. Zatajenie grzechu na spowiedzi bardzo głęboko i boleśnie rani duszę. Nie zamyka jednak dla niej źródła Bożego miłosierdzia. Grzesznik, który w świętokradzki sposób skorzystał kiedykolwiek ze spowiedzi, powinien jak najprędzej wyspowiadać się od ostatniej ważnej spowiedzi. Od zatajenia należy odróżnić proste zapomnienie. Gdy zapomnimy wyznać jakiegoś grzechu na spowiedzi, uzyskane rozgrzeszenie jest ważne. Jeżeli zapomniany grzech był grzechem ciężkim należy go wyznać na najbliższej spowiedzi.

 

Zakończmy słowami zachęty z listu św. Jakuba:"Wyznawajcie zatem sobie nawzajem grzechy, módlcie się jeden za drugiego, byście odzyskali zdrowie" (Jk 5,16).

Sakrament pokuty w służbie małżeństwa i rodziny


Sakrament pokuty spełnia swą służebną rolę względem rodziny w różny sposób. Także tak, że pomaga odnaleźć odpowiedź na konkretne pytania nurtujące członków rodziny czy też rozstrzygnąć szczegółowe dylematy, jakie niesie życie.

I faktycznie niejednokrotnie taką nadzieję z sakramentem pokuty wiążemy, czego wyrazem są często nasze spowiedzi

Wystąpienie obecne nie jest jednak wykładem z zakresu kazuistyki. Jest to raczej próba pewnej refleksji teologicznej. Chciałbym w jej trakcie pokazać, że właściwie rozumiany i przeżywany sakrament pokuty niesie w sobie pewną ukrytą, wewnętrzną moc, która pomaga tym, którzy z niego korzystają zmierzyć się z konkretnymi wyzwaniami jakie niesie życie małżeńskie i rodzinne.

 1) Na początku wypowiedzmy myśl krótką, może oczywistą, ale zasadniczą. Sakrament pokuty przede wszystkim służy wierze tych, którzy z niego korzystają. Spełnia funkcję właściwą wszystkim sakramentom, a mianowicie wszczepia w Jezusa Chrystusa i rozwija w duszy życie Boże.

 Co to znaczy dla małżonków - rodziców i dzieci praktykujących życie sakramentalne, w tym sakrament pokuty? Znaczy to, że wszyscy członkowie rodziny odnajdują się nie tylko we wzajemnej relacji względem siebie, ale jednoczą się więzią zakorzenioną w Bogu. Rodzinna więź ma nie tylko charakter horyzontalny, ale istotnie wertykalny. Więź wytwarza się nie na zasadzie "poziomych" relacji pomiędzy ludźmi, ale poprzez wszczepienie każdego w "pionową" relację do Boga. Rodzina korzystająca z sakramentów świętych, w tym z sakramentu pokuty, staje się faktycznie Bogiem silna.

 2) Sakrament pokuty odkrywa przed rodziną charakterystyczne rys miłosierdzia Bożego.

 Słowo "miłosierdzie" 'robi w naszych czasach swoistą karierę'. Powszechnie używane, różnie bywa rozumiane i różne wiąże się z nim nadzieje. Bywa, że w jego imię próbuje się usprawiedliwiać popełniane zło i ma się nadzieję, że właśnie z powodu miłosierdzia pozostanie ono ukryte i nigdy nie napiętnowane. Sakrament pokuty odsłania przed nami inny obraz miłosierdzia. Pokazuje Boga, który kocha odważną miłością. Kocha miłością wielką - tak wielką, że potrafi być radykalnie odważną. Sakrament pokuty ukazuje miłość, która domaga się odsłonięcia i uznania grzechu za coś faktycznie złego; miłość, która nie waha się upomnieć i wezwać do nawrócenia, a także uświadomić konieczność naprawy tego, co zło zniszczyło; miłość, która nie zgadza się ze złem, 'nie toleruje go'. Dzięki temu jednak, dzięki tej swej 'surowej odwadze', miłość ta okazuje się 'lekarstwem', ma możliwość leczenia ran zadanych przez grzech. W ten sposób okazuje się dla grzesznika prawdziwym miłosierdziem. Skąd się bierze ta odwaga miłości Boga rodząca miłosierny skutek? Bierze się z odwagi innej, bardziej podstawowej: odwagi ofiarowania Syna na, wyniszczająca Go, ofiarę za zbawienie świata. Ponieważ miłość Boga ma odwagę dania Syna na śmierć, ma też odwagę 'surowości' rodzącej miłosiernie nowe życie.

 Sakrament pokuty wychowuje, zwłaszcza rodziców, do odwagi oczyszczającego miłosierdzia. To znaczy wychowuje do odwagi radykalizmu stawianych wymagań. Nie zgadza się na miłość zatrwożoną i w lęku usprawiedliwiającą miłosierdziem swoją zgodę na wszystko, łącznie z zamazaniem granic dobra i zła. Sakrament pokuty uczy miłości, która nie waha się wypomnieć zła, upomnieć i napomnieć, wezwać do żalu i zadośćuczynienia. Wiemy, jak wiele jest w życiu rodzinnym sytuacji, które takich właśnie postaw potrzebują.

Wychowując do odwagi stawianych wymagań, sakrament pokuty wychowuje jednak również, a może przede wszystkim, do odwagi miłości. Kluczową sprawą nie jest bowiem radykalizm wymagań, lecz radykalizm miłości. To miłość musi być aż tak wielka, że ma prawo postawić wymagania. Jeżeli życie rodzinne stawia mnie nieustannie w sytuacji, w której muszę mieć odwagę wymagania od innych, to równocześnie wzywa mnie samego, bym nie przestawał kochać - owszem, bym kochał coraz bardziej. Aż do odwagi ofiarowania swego życia za innych - z miłości na wzór samego Chrystusa.

 Sytuacja więc, w której dzieci nie chcą poddać się radykalizmowi wymagań rodziców, nie może być usprawiedliwieniem odejścia, zerwania z nimi kontaktu, lecz wezwaniem do jeszcze większej miłości - aż takiej, że uczyni wymaganie bardziej przekonywującym

 Wychowując rodziców do odwagi stawiania wymagań z miłości, sakrament pokuty wychowuje jednocześnie dzieci do odwagi przyjęcia tych wymagań. Uczy, że nie trzeba się bać tego, co - chociaż trudne - jest jednak dobre, ponieważ jest z miłości. Im bardziej dzieci przekonają się, że radykalizm stawianych wymagań rodzi się z radykalizmu miłości rodziców, tym same zdobędą się na większy radykalizm w przyjęciu tych wymagań.

 3) Sakrament pokuty czyni bezpiecznymi miejsca rodzinnych spotkań.

 Sakrament pokuty jest spotkaniem człowieka z Bogiem. W sakramencie pokuty Pan Bóg spotyka się z nami na tych miejscach naszego życia, które zostały naznaczone grzechem. Niesamowity jest Pan Bóg, jeśli chce się spotykać z nami właśnie na takich miejscach. Bo miejsca naszego grzechu to są miejsca, na których Go obraziliśmy. I Bóg takie właśnie miejsca wybiera na spotkanie z nami.

Spotkanie z Bogiem w miejscach, na których nie byliśmy Mu wierni, na których przeciw Niemu się zbuntowaliśmy pozwala człowiekowi na odbudowę w sobie tego, co w człowieku najważniejsze, a mianowicie wiary w miłość. Najpierw w to, że jest się kochanym. Spotkanie z Bogiem dokładnie w tym miejscu mojego życia, które zostało naznaczone grzechem pozwala mi uwierzyć, że - pomimo tego - jestem nadal kochany. Skoro Bóg chce się spotkać ze mną tam, gdzie jest mój grzech to znaczy, że Bóg mnie kocha pomimo mojego grzechu czy też "w moim grzechu". A jeżeli tak, jeśli Jego miłość się nie zmienia pomimo grzechu, to wobec Boga mogę czuć się spokojnie. Miejsce mojego grzechu, paradoksalnie, okazuje się miejscem, na którym mogę się czuć bezpiecznie. Nie jestem bowiem na tym miejscu sam. Jest ze mną kochający mnie Bóg.

Spotkanie z Bogiem, o którym tutaj myślimy przywraca także wiarę w to, że ja sam potrafię kochać. Ze spotkania z kochającym Bogiem, mogę po spowiedzi powrócić na miejsca mojego dawnego grzechu, by niejako inaczej je zagospodarować. Na tym miejscu, na którym było złe słowo, teraz mogę wypowiedzieć słowo dobre. Na miejscu na którym brakło cierpliwości, mogę teraz zdobyć się na więcej wyrozumiałości. Tam, gdzie był gniew, może pojawić się przebaczenie. Czyli wszędzie tam, gdzie brakło miłości, teraz - po spowiedzi - mogę i potrafię bardziej kochać. Ja - grzesznik - mogę i potrafię kochać!

 W rodzinie zawsze zdarzy się jakieś "przestępstwo". Zawsze jest jakieś miejsce, na którym 'coś się stało'. Takie miejsce często napawa bólem i cierpieniem. Próbujemy je omijać, nie wracać na nie. Mówimy: nie wracajmy do tego, nie mówmy już o tym. Takie miejsce bywa czasami ukrywane, przemilczane. Na takim miejscu jest się zazwyczaj bardzo samotnym. Czasami ze wstydu z powodu tego, co się zrobiło. Czasami z powodu tajemnicy, którą okryte jest to, co się stało. Czasami z powodu braku społecznej akceptacji czy nałożonej kary. Sakrament pokuty wychowuje do tego, by miejsce rodzinnego 'przestępstwa' - dziecięcego, małżeńskiego, rodzicielskiego przestało być miejscem samotnym. By na tym miejscu nie być już samemu. By na tym miejscu odnajdywać się z kimś, kto - pomimo tego, co się stało - nadal jest ze mną i nadal mnie kocha. Odkrycie kochającej obecności drugiego człowieka sprawi, że trudne miejsce rodzinnego 'przestępstwa' pozostanie mimo wszystko miejscem bezpiecznym. I jako takie pozwoli na zwycięstwo miłości w sercu i życiu tego, kto przeciw miłości wystąpił. Ten ktoś - odkrywszy, że nadal jest kochany - sam kochać nie przestanie.

 Łatwo to powiedzieć, ale przeżyć ... np. w sytuacji zdrady małżeńskiej; jak trudno wtedy - na tym miejscu - czuć się kochanym i samemu kochać; jak silnego doświadczenia doznawanej miłości potrzeba, by uratować miłość; małżonkom, którzy przeżywają to doświadczenie, radzę, by jak najczęściej korzystali z sakramentu pokuty - właśnie z tego powodu, o którym tutaj mowa

4) Sakrament pokuty ukazuje nam przykład miłości do naśladowania. Przykład ten odkryją jednak tylko ci, którzy we właściwy sposób nauczą się przeżywać sakrament pokuty.

 Wydaje się, że z sakramentem pokuty w życiu niektórych ludzi bywa tak, że jest on jak lustro, w którym się nieustannie przeglądają. Nic dziwnego, że ciągle widzą samych siebie. I na tym poziomie przede wszystkim pozostają: jakiejś swoistej autorefleksji. Sakrament pokuty zostaje ograniczony lub przynajmniej zasadniczo skoncentrowany na przeżyciu samych siebie. Na wnikliwej, dociekliwej, głębokiej analizie samych siebie. Doświadczenie siebie bywa jednak najczęściej doświadczeniem nieuporządkowania swego życia: wzburzone emocje, zranione uczucia, bolesne przeżycia, lęki, niepewność, znaki zapytania, trudne problemy. Wszystko to dramatycznie woła o pilną pomoc. Często z tym właśnie wołaniem przychodzi się do konfesjonału. Niestety, mimo całego zaangażowania i powziętych środków nie za bardzo widać drogę wyjścia z tego całego życiowego pomieszania. Coraz wnikliwsze spojrzenie w siebie rodzi coraz to nowe dylematy. Zamiast przynosić rozwiązanie z czasem okazuje się nieomal nowym zniewoleniem. Człowiek nadal pozostaje dla siebie nieodgadnioną zagadką. Ciągle siebie nie rozumie, nie wie, o co chodzi w jego życiu, jak sobie z nim poradzić.

Sakrament pokuty bowiem nie jest i nie powinien być jedynie lustrem, w którym się przeglądamy i widzimy samych siebie. W sakramencie pokuty nie chodzi o to, by siebie zobaczyć, by sobie nieustannie się przyglądać i w 'lusterku spowiedzi' siebie poprawiać, zmieniać; z siebie być zadowolonym lub niezadowolonym. Sakrament pokuty jest również - a może zasadniczo - po to, byśmy Boga zobaczyli. Jeżeli trzeba by posłużyć się jakimś porównaniem, to jest on raczej jak okno - okno, które nie zatrzymuje uwagi na sobie, ale pokazuje właśnie to, co jest za nim. A za moim własnym odbiciem, za całym moim poplątanym światem, z którym sobie być może nie radzę jest głębia Bożego świata. Sakrament pokuty jest po to, by odkryć tę głębię. I w tej właśnie Bożej głębi się przejrzeć. Jak w krynicy! I tam odkryć swój prawdziwy wizerunek, zobaczyć jak naprawdę wyglądam. I jak mam żyć.

 Skoro tak, to zauważmy niektóre charakterystyczne cechy Bożej miłości odkrywane właśnie w sakramencie pokuty.

 -) Pokora

 Zazwyczaj zauważamy to, jak bardzo trzeba być samemu pokornym, by pójść do spowiedzi. Pewnie tak jest. Ale jak pokornym musi być w spotkaniu z moim grzechem także Pan Bóg. Jak pokornym musiał być ojciec syna marnotrawnego, gdy wybiegł na jego spotkanie i przytulił go do siebie: jego umazanego świńskimi nieczystościami, śmierdzącego i odrażającego. Nie przeszkadzało mu to w ogóle. Przygarnął go do siebie i sobą oczyścił. Jak wielki w pokorze jest Bóg przyjmujący grzesznika.

 -) Gotowość do przebaczenia

 Jesteśmy wdzięczni papieżowi Franciszkowi za piękne słowa o Bogu, który 'nie męczy się przebaczaniem'. Liturgia Mszy św. w XXVI niedzielę zwykłą mówi o Bogu, że 'przez przebaczenie najpełniej okazuje On swoją wszechmoc'. Przebaczenie nie jest oznaką słabości lecz najwyższej mocy.

 -) Otwartość

 Pan Bóg kocha człowieka sercem otwartym. Pokochał nas, 'gdyśmy byli jeszcze grzesznikami'. Kocha nas takimi, jakimi jesteśmy, nieprzygotowanymi na przyjęcie Jego miłości. Kocha nas z nadzieją, że to właśnie miłość nas przemieni.

 -) Gotowość do zapomnienia

 Pan Bóg o człowieku zawsze dobrze myśli. Nie potępia, nie osądza, nie ocenia. Szczególnie poruszająca jest ta cecha Boga właśnie wtedy, gdy my odkrywamy przed Nim to, co złe w naszym życiu. Słuchając tego, On o tym zapomina. To, co złe, a oddane Mu w spowiedzi, przestaje istnieć.

 -) Zasłuchanie

 Również ta cecha Bożego sposobu bycia jest szczególnie wyrazista w sakramencie pokuty. Wsłuchanie się w człowieka. W tę niekończąca się opowieść o nędzach ludzkiego życia: o grzechu, problemach i ludzkich biedach.

 Przyglądając się Bogu, w sakramencie pokuty w Nim przyglądamy się samym sobie. I widzimy:

 -) Jak trudno być nam pokornymi. A jak bardzo nam tego potrzeba. Jak często w rodzinie, ceną która trzeba zapłacić za spotkanie z drugim człowiekiem jest właśnie pokora! Jak często pokornymi względem siebie muszą być małżonkowie! Jak często drogą do serca dziecka jest pokora jego rodziców!

 -) Jak trudno w małżeństwie, nie liczyć 'ile to już razy ci przebaczyłem'! Jak często, w wysiłku wychowawczym wierzyć, że przebaczenie nie jest oznaką słabości lecz właśnie większej siły!

 -) Jak często kochamy pod warunkiem: pod warunkiem, że ktoś się zmieni. Jak często najpierw czekamy, by bliźni się zmienił i dopiero wtedy go kochamy.

 -) Jak łatwo nam o pochopną ocenę. Jak łatwo zamknąć cudze życie w słowach: z tego już nic nie będzie. Jak ciężki bywa bagaż żalu, pretensji i noszonych wspomnień zła doznanego w przeszłości.

 -) Jak szybko nam do słów. Mówić, napominać, dawać rady, krytykować. Przewidywać że 'przecież dawno już to mówiłem'. A jak trudno uważnie posłuchać. Zwłaszcza najbliższego, zwłaszcza, gdy mniej więcej wiem, co mi ma do powiedzenia.

 Służebna rola sakramentu pokuty polega na tym, że odkrywa przed nami przykład Bożej miłości do naśladowania. Ale nie tylko. Specyfiką działania sakramentów jest bowiem ich sprawczość. One swoją łaską sprawiają w nas nową rzeczywistość. Sakrament pokuty praktykowany i głęboko przeżywany nie tylko zachęca nas do miłości - on ją w nas stwarza! Małżonkowie, rodzice, dzieci - korzystając z sakramentu pokuty - wychowują się do życia miłością na wzór Bożej miłości i taką miłość otrzymują.

 6) Sakrament pokuty służy rodzinie również w ten sposób, że uczy uczciwości.

 Uczciwym bowiem trzeba być, żeby skorzystać z sakramentu pokuty. Uczciwość przy konfesjonale to szczerość wyznania. Ale nie tylko. Można szczerze wyznać grzechy, ale nieuczciwie się wyspowiadać. Uczciwość bowiem wobec Boga zakłada także żal za popełnione grzechy i skłania do podjęcia autentycznej zmiany życia.

 czasami pytam przy spowiedzi, czy jak ci udzielę teraz rozgrzeszenia, będzie to uczciwe wobec Boga; niekiedy ludzie, gdy się zastanowią, proszą o czas, bo wiedzą, że rozgrzeszenie w tej chwili nie byłoby uczciwe - chociaż wyznanie było szczere

 W rodzinie potrzeba szczerości. I do szczerości się wychowujemy. Zwłaszcza rodzice wychowują swoje dzieci. Potrzeba jednak czegoś jeszcze więcej. Potrzeba wychowania do uczciwości. Potrzeba nie tylko słowa przyznania się do winy. Potrzeba, by to słowo było wypowiedziane ze skruchą i ze zrozumieniem, że więcej już tak nie można, nie wolno zrobić: że muszę się zmienić. I chcę to zrobić. Autentyczne korzystanie z sakramentu pokuty może pomagać w wyrobieniu w sobie takich właśnie postaw.

 7) Uznanie prawa do tajemnicy

 Doświadczenie tajemnicy jest wpisane w istotę sakramentu pokuty. I to tak bardzo, że jest powszechnie rozumiane, a każde sprzeniewierzenie się tej tajemnicy jest odrzucane i napiętnowane. zgadzamy się na to, że człowiek korzystający z sakramentu pokuty ma prawo do tajemnicy.

 Może warto i tę naukę sakramentu pokuty wziąć sobie do serca. Zwłaszcza w rodzinie, która przez bliskość i zażyłość relacji kusi pokusą 'wiedzy o wszystkim'. To w rodzinie bowiem najczęściej można usłyszeć słowa: 'nie miej przede mną tajemnic'. Postawa takiej otwartości łączy małżonków. Z pewnością także jest słusznym postulatem wychowawczym wobec dzieci. Niemniej jednak, każdy z nas ma prawo do jakiegoś obszaru tajemnicy w sobie. I każdy chciałby, żeby to zrozumieć. I uszanować. Rozumiemy to na płaszczyźnie ciała, gdzie przecież nie wkracza się w obszar intymności strzeżony barierą wstydu. Potrzeba zrozumienia tego także w płaszczyźnie ducha. Jeżeli w rodzinie uda się wyczuć tę cienką, subtelną linię intymności, której nie powinno się przekraczać - członkowie rodziny będą wzrastać we wzajemnym zaufaniu. Jeżeli się nie uda, skażą się na koszmar podejrzeń i zazdrości. Również i w tym, bardzo delikatnym obszarze relacji, sakrament pokuty udziela nieocenionej pomocy.

 Na zakończenie przypomnijmy słowa, które w 1948 r. pisał bł. ks. Sopoćko: "wychowawcze wartości sakramentu pokuty przewyższają wszystkie inne środki wychowawcze, o ile on jest należycie odprawiony".


Sakrament pokuty św. Jana Marii Vianney'a


Sakrament pokuty św. Jana Marii Vianney'a

 

Ktokolwiek próbowałby coś napisać o św. Janie Marii Vianney'u - biednym proboszczu z Ars, powinien bardzo poważnie potraktować przestrogę zawartą w słowach naocznego świadka życia i działalności Świętego Kapłana. O. Monnin któremu zawdzięczamy wszystkie zapiski kazań św. Jana Vianney'a, tak wspomina swoje działania zmierzające do uwiecznienia geniuszu świętego: "Często zabieraliśmy się do spisania rzeczy słyszanych, nigdy jednak nie udało nam się myślom tym, którymi nas najwięcej poruszał, nadać formy; krzepły one pod piórem jak ostygła lawa. Tak jak nie opisze szumu lasów, ani jęku fal morskich, co się rozbijają o skały, tak i tego, co Boże w sercu człowieczym, w słowa zakuć niepodobna". I takie widać już jest wszystko, co ten Święty Kapłan dawał i nadal daje swoim życiem, gorliwością, przykładem, nauczaniem i dobrymi natchnieniami, że przy próbie opisania - krzepnie pod piórem jak ostygła lawa.

Był wybitnym duszpasterzem zatroskanym o duchowe dobro i nieustanne wzrastanie w łasce owczarni sobie powierzonej; wiernym przyjacielem, oddanym sługą i naśladowcą Jezusa Chrystusa - Najwyższego Wiecznego Kapłana; doskonałym gospodarzem i zarządcą parafii zabiegającym o piękno i wystrój świątyni (chociaż sam w żył w nędzy - do kościoła kupował rzeczy najdroższe i najpiękniejsze - pozostałe nie zasługiwały na to, by być w bliskości Bożego Majestatu); był genialnym kaznodzieją absolutnie kruszącym standardy ówczesnej homiletyki - mówił prosto, żarliwie, docierał w sobie tylko - a raczej Bogu samemu - znany sposób do ludzkich serc; prowadził działalność charytatywną, katechetyczną, doskonale znał swoich parafian oraz ich problemy, bo wywodził się z chłopskiej rodziny - był więc jednym z nich a zarazem przewodnikiem, wzorem i dobrym pasterzem; niedościgniony w pokucie i umartwieniu; do szaleństwa zakochany w Panu Bogu miał cudowną relację z kochającym Ojcem; tęskniący za modlitwą bardziej niż za chwilą spoczynku; gardził tym światem, wszystkie myśli i serce kierując ku dobrom wiecznym. Trzeba by zadrżeć pisząc o którymkolwiek z tych aspektów jego - a raczej Chrystusowego kapłaństwa - tak pięknie objawiających się w jego posłudze. Skoro w kończącym się Roku Miłosierdzia pragniemy dotknąć tajemnicy konfesjonału tego Świętego Kapłana i sprawowanego przezeń sakramentu pokuty, trzeba nam pamiętać, że ta lawa Miłosierdzia, której był narzędziem i uczestnikiem zarazem bardzo ostygnie na skutek próby opisania.

 

Z pewnością bardzo charakterystyczne jest to, że nasz św. Jan Maria Vianney zwykle kojarzony jest z konfesjonałem, na większości obrazków przedstawiany jest jako kapłan sprawujący posługę spowiednika. Pod koniec swojego życia stał się rzeczywiście "więźniem konfesjonału", posługiwał grzesznikom w sakramencie pojednania po kilkanaście godzin dziennie. Właśnie jako poszukiwany spowiednik ściągał do Ars rzesze pielgrzymów gotowych do ponoszenia wielkich trudów długiej i często niewygodnej podróży, jak również bardzo wyczerpującego oczekiwania w kolejce do spowiedzi - często dłużej niż trzy doby trzeba było czekać na krótką u niego spowiedź. Im dłużej staramy się poznać życie świętego kapłana i wniknąć w tajniki tego, co po nim zostało i co o nim zostało napisane, tym trudniej oprzeć się przekonaniu, że to właśnie dzieło Bożego Miłosierdzia było, jest i pozostanie na zawsze istotą jego świętej kapłańskiej posługi. W żadnym innym dziele nie napotykał tylu przeszkód, od żadnego innego dzieła nie próbował uciekać w upragnione tereny osobistego uświęcenia, pokuty za grzechy i kontemplacji, żadne inne dzieło jego życia nie było powodem tak wielu przykrości i upokorzeń jak właśnie posługa spowiednika. Bez obawy błędu warto zatem uklęknąć przy konfesjonale świętego Kapłana i to zarówno w roli jego penitenta, jak i ucznia pobierającego nauki od Mistrza tak doskonałego. Warto w jego obecności wyspowiadać się Bogu ze swoich grzechów, ale też usiąść w konfesjonale obok Św. Jana i próbować pojąć tajemnicę tego pokornego spowiednika przyciągającego do Miłosiernego Boga niezliczone rzesze grzeszników. I chociaż pewnie jego, a na pewno naszym pragnieniem byłoby wystąpić najpierw w roli penitenta, to jednak zgodnie z nauką odbieraną przez Św. Jan nieustannie od Boskiego Mistrza zacząć trzeba od lekcji dotyczącej posługi spowiednika. Dlaczego? Bo pasterz najpierw odpowiedzialny jest za los powierzonej sobie owczarni; innych prowadząc do Boga - siebie nie może zatracić, raczej dobrym przykładem tym bardziej pociągać innych. Wielokrotnie św. Jan próbował uciekać z parafii dla oddania się życiu ukrytemu w całkowitym zjednoczeniu z Bogiem; na pewno dla niego osobiście byłoby to lepsze, przydatne i duchowo niezmiernie rozwijające. Ale Najwyższy Kapłan nigdy mu na to nie pozwolił, ciągle pouczając gdzie jest miejsce kapłana - przy Owczarni, w konfesjonale. Świadkowie wydarzeń dokonujących się w Ars mawiali często, że ta mała wioska doskonale pokazywała, co to znaczy, że Kościół jest lazaretem. "Rzeczywiście o Ars powiedzieć można, że był szpitalem dusz. Tu bowiem gromadziły się wszelkie kalectwa, wszystkie rany moralne, wszystkie zawiłe sprawy sumienia. Dziwnym pociągiem wszyscy grzesznicy lgnęli do proboszcza z Ars i ulegali zbawiennemu jego wpływowi na całe życie". Miałby Chrystus pozwolić na to, by tak sprawny sługa ratujący dusze od śmierci wiecznej - bo do tego zmierzały choroby leczone w tym lazarecie - udał się na pustelnię tylko dla osobistego uświęcenia? Poruszające do dziś dnia są słowa, które świątobliwy kapłan usłyszał od ukrzyżowanego Chrystusa podczas jednej z prób ucieczki z Ars. Ponieważ nasz Proboszcz nigdy nie mijał krzyża bez pozdrowienia cierpiącego Chrystusa, także i tym razem podszedł do krzyża przydrożnego ze słowami modlitwy. A gdy pokornie prosił Chrystusa, by pozwolił mu pójść szukać Go na samotności, usłyszał: "Janie-Maria Vianney'u, nie szukaj Mnie na samotności, ale w duszach, które moje miłosierdzie sprowadza do ciebie. Jedna dusza więcej waży, niż wszystkie modlitwy, jakie mógłbyś odmówić na samotności. Wracaj! Idź do swego kościoła. Poranione dusze czekają tam na dobrego Samarytanina."

Usiądźmy więc pokornie przy Mistrzu spowiedników, podziwiajmy i uczmy się od niego; dopiero potem pomyślmy o udoskonaleniu własnej dyspozycji w sakramencie pokuty.

 

Przez długie lata posługiwania w konfesjonale św. Jan miał najgłębsze przekonanie, że jest narzędziem Miłosierdzia. Robił wszystko, by duszom nie zasłaniać Chrystusa. Nigdy nie mówił tego, co sam uważał; raczej zasłuchany był w subtelny, wewnętrzny głos Ducha Świętego. W prowadzonym przez siebie kierownictwie duchowym nigdy nie wyprzedzał Ducha Świętego, prowadził duszę po drogach wytyczanych przez Bożą Opatrzność. Jak wspominają świadkowie jego działalności "przeszłość powierzał Bożemu Miłosierdziu, a przyszłość Bożej Opatrzności". Osobiście uważał, że kompletnie nie nadaje się do pełnienia tego dzieła Miłosierdzia, że z pewnością wielu innych kapłanów doskonalej wypełniałoby to zadanie. Stąd brały się w jego sercu kolejne decyzje o ucieczce z parafii i szukaniu samotności, by "opłakiwać swoje nędzne życie". Takiemu słudze Pan Bóg często przychodził z nadzwyczajną pomocą. W Żywocie św. Jana Marii Vianney'a proboszcza z Ars autorstwa ks. Alfreda Monnin'a - misjonarza, przetłumaczonym na język polski za pozwoleniem autora w 24 lata po śmierci Świętego Kapłana można znaleźć taką wzmiankę: "Czasami Bóg przychodził w pomoc wymowie swego sługi i przyspieszył triumf łaski cudownymi znakami. Razu jednego grzesznik, którego ani modlitwą, ani łzami, ani błaganiem nie mógł skruszyć, nagle pada mu do nóg ze łkaniem i obiecuje poprawę. Ujrzał bowiem jasną poświatę nad głową świętego Proboszcza, i ten widok przekonał jego zatwardziałość". Jan zwykł mawiać po takich zajściach, że to jedynie blask świec stojących za nim powodował takie wrażenie, skutek jednak takich cudownych wypadków był nader dla grzesznej duszy pożyteczny. To Miłosierny Bóg dokonywał w Ars rzeczy przedziwnych, sługa Miłosierdzia starał się jedynie Bożej łasce nie przeszkadzać.

Biorąc pod uwagę to wszystko, co przez lata całe działo się w biednej wiejskiej parafii - szczególnie przy konfesjonale św. Jana, trzeba zauważyć rzecz absolutnie najistotniejszą: sakrament pokuty - i to zarówno po stronie sprawującego go kapłana, jak i spowiadającego się grzesznika - w sposób bezwzględnie kategoryczny domaga się tylko jednego istotnego warunku: pokory. Bardzo długo serce świętego kapłana kształtowane było przez Bożą Opatrzność w tej właśnie szkole, zanim zasiadł w konfesjonale w Ars. Nie będzie żadną przesadą stwierdzenie, że ile tylko mogło być przeszkód na drodze do Chrystusowego kapłaństwa, wszystkie stały się udziałem Jana Vianney z Dardilly. Najpierw ojciec przez wiele lat nie chciał wyrazić zgody na pójście syna do stanu duchownego, potem tenże syn powołany został do wojska, by z kolei ukrywać się jako podejrzewany o dezercję; następnie - znane powszechnie wszystkim - kłopoty ze zdobywaniem wiedzy, które zaowocowały usunięciem z seminarium duchownego; lata żmudnej pracy na plebanii w Ecully pod okiem ks. Balley'a zakończone fatalnym wynikiem egzaminu przed teologiczną komisją i pewnie mnóstwo innych. Jedno wielkie pasmo porażek i upokorzeń, które pewnie niejednego zupełnie zniechęciłyby w dążeniu do zamierzonego celu. W przypadku jednak Jana stały się one wszystkie doskonałą materią do ukształtowania tej cnoty tak bardzo potrzebnej w jego przyszłej posłudze. A gdy wreszcie stanął przy ołtarzu Chrystusowej ofiary jako kapłan, od biskupa nie otrzymał zgody na słuchanie spowiedzi. Dzieci na jego pierwszym wikariacie wiedziały o tym, że ich księdzu nie wolno siadać do konfesjonału i powtarzały zupełnie nieświadome treści swoich słów: jemu biskup nie pozwolił spowiadać, bo się źle uczył w szkole; a czasami bardzo złośliwie: on jest za głupi, żeby słuchać spowiedzi. Skoro zgodę tę otrzymał i szybko rosła sława tego kapłana jako dobrego spowiednika, upokorzenia nadal przychodzi dosłownie zewsząd. Smagany w okrutny sposób przez szatana, pozbawiany nawet krótkich chwil wypoczynku koniecznego do normalnego funkcjonowania, niesłusznie pomawiany o chęć rozgłosu, bezlitośnie osądzany również przez innych kapłanów. "Także na plebaniach i w czasie konferencji dekanalnych mówiono o tym dziwnym konfratrze. Jedni wyrażali poważanie i cześć, inni natomiast zachowywali milczenie, albo nawet źle ukrywali niezadowolenie. Co tam znowu takiego ten proboszcz z Ars? - mawiali niektórzy z pogardą. Znamy go z seminarium - była to słaba głowa i miał zawsze kłopoty z egzaminami. Zresztą - jakież to on odbył studia, co on wie o świecie? Nie czyta nawet gazet. Jest też nadto oczywiste, że poluje na oryginała. Dlaczego łazi w nędznej sutannie i w buciorach sto razy naprawianych? Czy ksiądz nie powinien dbać o swoją powierzchowność, choćby ze względów czysto zewnętrznych? Cóż to za typy pędzą do tego Ars? Skrupulaci, osoby mające przewrócone w głowie, ciągle szukające nowego kierownika duchowego, prości chłopi i rozleniwieni mieszczanie. Zresztą: ci co przybywają do Ars nie wszyscy się znowu nawracają. To fanatyk, niewczesny zelant, jansenista. (...) Ludzie nie przychodzą już do nas do spowiedzi, ale są przekonani, że muszą taskać swoje grzechy do Ars - narzekał proboszcz z sąsiedniej wioski. Jakby jego rozgrzeszenie miało większą wartość niż nasze." Jeden z kapłanów ośmielił się nawet napisać do ks. Vianney'a obraźliwy list zawierający "dobre" wskazania. Oto jego fragment: " Prawie wszędzie nazywają księdza świętym, a mimo to nie wszyscy, którzy odwiedzają księdza wracają nawróceni. Zrobi ksiądz dobrze, jeśli pomiarkuje nieco swoją nierozważną gorliwość. W przeciwnym wypadku - ku naszej wielkiej przykrości będziemy zmuszeni zwrócić się do Księdza Biskupa. Ktoś kto tak słabo zna teologię, nie powinien zasiadać w konfesjonale." Warto pamiętać również i o tym , że nawet wtedy gdy do Ars przyjeżdżały tysiące pielgrzymów przy konfesjonale świętego kapłana szukających ratunku dla swych dusz nieśmiertelnych, ten pokorny sługa Bożego Miłosierdzia do biskupa miejsca musiał pisać sprawozdania dotyczące rozwiązywania najtrudniejszych przypadków poznanych podczas świętej spowiedzi dla sprawdzenia przez władzę duchowną, czy robi to poprawnie i zgodnie z obowiązującą praktyką. Nieskończona wręcz ilość przeszkód pojawia się tylko wtedy, gdy chodzi o rzecz naprawdę najwyższej wagi. Tak to Bóg przez długie lata kształtował aż do końca ziemskiego życia kapłańskie serce świętego spowiednika, bezustannie ćwicząc go w cnocie pokory.

Sposobem najbardziej skutecznym dla nawracania grzeszników a stosowanym nieustannie przez św. Jana Vianney'a była miłość pasterska, z którą odnosił się do wszystkich błądzących grzeszników. Właśnie w taki Boży sposób przemieniał serca swoich penitentów, powodował zmianę myślenia i widzenia rzeczywistości. "Nie tak człowiek widzi, jak widzi Bóg". Do łoża konającego w roku 1859 proboszcza z Ars jako jeden z ostatnich przyszedł jego były wikariusz - ks. Raymond, kapłan bezlitośnie upokarzający swojego - jak sądził wtedy - nieudolnego proboszcza, wytykający mu jego niedoskonałości i ułomności. Przez wiele lat ks. Vianney odnosił się do tego księdza z wielką miłością i ogromnym szacunkiem. Przybywającemu ze skruchą dopiero do łoża konającego powiedział krótko: "czekałem na księdza". Na cytowany list pyszałkowatemu kapłanowi odpowiedział: "Drogi i Czcigodny Konfratrze! Ileż mam powodów, by darzyć księdza miłością! Ksiądz jeden mnie dobrze zrozumiał. Skoro jest ksiądz tak dobry i miłosierny, że raczył zająć się moją biedną duszą, niech mi ksiądz więc pomoże wyjednać tę łaskę, o jaką zabiegam od dłuższego czasu: aby mnie ktoś zastąpił na stanowisku, jakiego nie jestem godzien, a ja bym mógł usunąć się do jakiegoś zakątka i tam opłakiwać moje nędzne życie. Ileż mam pokut do odprawienia, ile aktów wynagradzających do ofiarowania, ile łez do wylania! Dziękuję szczerze za dobre rady, jakie mi ksiądz przesłał. Uznaję w pełni moją głupotę i brak zdolności. Drogi księże proboszczu, proszę, niech się ksiądz modli, aby Pan Bóg dał mi tę łaskę, abym mógł popełniać mniej zła, a czynić więcej dobra. Z wyrazami wdzięczności - JMV biedny proboszcz z Ars." Na drugi dzień autor obraźliwego listu przyjechał przemieniony i skruszony do Ars dla naprawienia sprawy i przyjęty został z wielką miłością. Gorliwy i pobożny Proboszcz z Ars od dzieciństwa bał się grzechu i nim się brzydził; nawet pod drobnych i zupełnie nieistotnych przewinieniach pytał: czy światło Boże zgasło w mojej duszy? Jak cudownie zostało ukształtowane jego kapłańskie serce pokazuje nader dobitnie to, co działo się w Ars na przełomie lat 1826 - 1827. Wezwany został nasz Proboszcz do łoża konającej kobiety dzień wcześniej przygotowanej na śmierć. Zwierzyła się ona księdzu ze swojej obawy o córkę, która tańczyła w oberży i zatracała tam swoją duszę. Dla ratowania tej dziewczyny ks. Vianney był gotowy do najwyższych poświęceń. Nie czekał na nią w konfesjonale, do którego pewnie nigdy by nie przyszła; prawie przemocą zabrał ją z oberży, narażając się w ten sposób na ludzkie języki i przyprowadził do łoża konającej matki, która tuż przed przybyciem córki zmarła. Potem bacznie obserwował wspomnianą dziewczynę - Krystynę Matin i martwił się stanem jej ducha. Unikała proboszcza, nie chciała rozmawiać; później okazało się, że spodziewa się narodzin nieślubnego dziecka. I ten kapłan, który brzydził się najmniejszym nawet grzechem - tę dziewczynę brał w obronę. Dobrej kobiecie ze wsi wydał formalne polecenie bardziej podobne do rozkazu, by zajęła się rodzącą dziewczyną, a potem - jeszcze bardziej ryzykując swoją reputację - bronił nadwątlonej czci młodej matki przed publiczną opinią. "Nie mogę zrozumieć - mówiła przymuszona opiekunka dziecka - jak ksiądz, który potępia najmniejsze nawet przewinienia, może żądać ode mnie czegoś podobnego". Odpowiedź ks. Vianney'a była bardzo prosta, oczywista i prawdziwie Boża: "Dlatego, że nienawidzę grzechu, ale kocham grzesznika".

To co wydarzyło się potem rzuca jeszcze jeden bezcenny snop światła na posługę tego biednego spowiednika. Ludzkie języki stały się zupełnie rozwiązłe i bezlitosne po tym, jak Krystyna Matin popełniła samobójstwo, a ks. Vianney rozumiejący jej sytuację pochował ją na poświęconej ziemi, litując się nad jej niedolą i nie chcąc jej osądzać. "Dziecko grzechu" - jak o Barnardzie Matin mówiono we wsi przyjął do Domu Opatrzności prowadzonego przy kościele w Ars, powodując tym samym falę oburzenia w całej okolicy. Dla ludzi stało się jasne, że Krystyna Matin była "jego kochanicą", Bernaś Matin "dzieckiem jego grzechu" i że taki proboszcz nie ma prawa dłużej pełnić swojej posługi. Gdy te wiadomości dotarły do biskupa, na plebanii w Ars pojawił się ks. dziekan dla zbadania sprawy. Na stawiane przez niego pytania ks. Vianney odpowiadał milczeniem, potem zgodnie z zaleceniem biskupa złożył prośbę o przeniesienie na inną parafię. We wszystkich oskarżeniach nie było oczywiście nawet odrobiny prawdy, o dźwiganym wtedy krzyżu mówił, że nigdy nie był on cięższy i bardziej bolesny. A przez cały ten czas okrutnej próby jednym słowem mógł się skutecznie obronić, bo znał całą prawdę; nie robił jednak tego, broniąc tajemnicy spowiedzi. Dopiero nadzwyczajna ingerencja Pana Boga podczas odprawianych w Ars Misji Parafialnych zdjęła z proboszcza ciężar wszystkich oskarżeń i pokazała jego niewinność. Kto staje do walki o dusze nieśmiertelne, musi być gotowy na takie próby, zaś jego dyskrecja i umiejętność strzeżenia świętej tajemnicy nawet za najwyższą cenę własnej czci musi być próby najwyższej.

Ks. Vianney spowiadał krótko, jego pouczenia były bardzo proste i konkretne, wolał duszę widzieć przy spowiedzi częściej, niż długo nią się zajmować za jednym razem. Pokuty penitentom zadawał lekkie - sam pokutował za ich grzechy. Te przyjmowanego przez niego pokuty i umartwienia bardzo poważne; za niezmiernie skuteczne uważał posty i nocne czuwania. "Niczym diabeł nie brzydzi się tak bardzo, jak tymi właśnie praktykami". Pouczał często, że jeśli spowiednik nie podjął jeszcze za swoich penitentów postu, jeśli za nich się nie modli, nie pokutuje - nic dla ich ocalenia właściwie nie zrobił.

Z wielu innych bezcennych wskazań, które pozostawił spowiednikom wszystkich czasów ten biedny i ubogi spowiednik z Ars nie można przeoczyć całkowitej dyspozycyjności tego świętego kapłana. Dla zbawienia dusz gotowy był nie tylko do wielkich i nader ryzykownych działań; cały był dla grzeszników, ciągle gotowy do posługi, nie pamiętający zupełnie o sobie. "Wychodząc z konfesjonału dla odprawienia Mszy Św. przedrzeć się nieraz nie mógł przez ściśnione tłumy. Zdarzało się, że w natłoku popchnięto go tak silnie, iż mało nie upadł; inni chwytali go za ręce, darli na nim rzeczy; w milczeniu to wszystko znosił". Penitenci czekający na niego dosłownie wszędzie nie pozostawiali mu nawet jednej chwili dla wypoczynku, spożycia skromnego choćby posiłku; o czas na modlitwę musiał dosłownie z nimi walczyć. I mieli w tym głęboką rację, rozumieli, że on jest całkowicie dla nich. Chyba najpiękniejsze świadectwo temu spowiednikowi złożyli ludzie czekający przy konfesjonale w Ars w godzinie śmierci świętego kapłana. Gdy on na plebanii kończył swoje ziemskie życie, oni "żądali, by natychmiast wrócił i jeszcze ich przed swoją śmiercią wyspowiadał". Mieli do tego prawo, bo był sługą, bo tego ich nauczył przez swoją całkowitą dyspozycyjność, bo nigdy nie zasłaniał im swoją osobą Tego, któremu wiernie służył.

 

A co by nam powiedział jako swoim penitentom? Pewnie to, co zwykł mówić kapłanom spowiadającym się u niego: "jaka szkoda, drogi bracie, jaka szkoda!" Za całą naukę nakłaniającą do przemiany życia najczęściej wystarczało to jego westchnienie.

A gdyby komuś wydawało się, że grzechy ma małe, lekkie i nieistotne, gdyby powiedział, że "tylko tym obraziłem Pana Boga", to pewnie by zapytał, jak czynił to wiele razy: "jak możesz mówić: tylko takie grzechy popełniłem? A czym jeszcze chciałbyś obrazić dobrego Boga?"

Powraca niekiedy przekonanie, że św. Jan Maria Vianney był spowiednikiem bardzo surowym i wymagającym, że niemiłosiernie smagał dusze, często odmawiał rozgrzeszenia. Działo się tak jedynie wtedy, gdy grzesznikowi brakowało pokory, gdy przychodził co prawda do spowiedzi, ale nie chciał się upokorzyć przed trybunałem Bożego Miłosierdzia. Różne bywały tego przejawy: nie chciał się spowiadać, stawał nieprzygotowany do spowiedzi, nie żałował za grzechy - nie było w nim skruchy (w takich sytuacjach bywało, że św. Jan płakał słuchając takiego grzesznika; pytany o przyczynę łez odpowiadał: płaczę, bo ty nie płaczesz), nie chciał zrezygnować z niebezpiecznych okoliczności życia prowadzących niechybnie do grzechu. W żadnej z tych sytuacji Mistrzowi konfesjonału nie brakowało cierpliwości, nie unosił się gniewem; odmawiał rozgrzeszenia, by zachęcić duszę do upokorzenia się przed Bogiem. "Pierwszą przeszkodą dla łaski w duszy to nie te ułomności, których się winowajca wstydzi, lecz pycha, pycha rozumu, pycha serca, pycha małego, pycha wielkiego, pycha bogatego i pycha ubogiego, pycha jawna i pycha ukryta. Skutki jej były zawsze te same."

Jaka wielka to szkoda, że grzeszymy; jaka wielka to łaska, że mamy spowiednika tak wspaniałego i ukształtowanego przez samego Boga jako wzór godny naśladowania; jakie to szczęście, że mamy przed Bożym tronem Orędownika tak dobrze znającego ludzką niedolę, a jeszcze lepiej znającego Miłosierdzie Ojca Niebieskiego.

ks. Tomasz Nowak, kustosz