Po Słowie

Cudowne miejsce


Nie da się inaczej napisać o tym miejscu, które w nieprzewidywalny dla ludzi sposób zaistniało w naszej rzeczywistości i to na naszych oczach. Jeszcze rok temu był tutaj strych, jakich wiele w naszych domach, plebaniach a nawet świątyniach - ot, składowisko rozmaitych przedmiotów kiedyś mających znaczenie użytkowe a teraz raczej oczekujących na powrót do łask świata ludzi. Potem była chwila zaskakującego natchnienia i pomysłu, która dotknęła w niezależny sposób dwojga ludzi, jeszcze później entuzjazm połączony z prawdziwą pasją i profesjonalizmem, wreszcie kilka miesięcy wytrwałych poszukiwań i żmudnej pracy. Dzisiaj to miejsce przyciąga i zachwyca Pielgrzymów przybywających na modlitwę za kapłanów do Sanktuarium Św. Jana Marii Vianney'a w Mzykach.
W piecu chlebowym trzaskają dopalające się brzozowe polana dając ciepło zupełnie inne niż nowoczesne technologie grzewcze, z mroku pokoju oświetlanego migotliwym blaskiem kilku świec - jakby z otchłani historii - wyłaniają się meble pamiętające dwie wojny światowe a te najstarsze antyki nawet ostatnie lata życia Świętego Kapłana, na stoliku - obok narzędzi pisarskich - najnowsze pełne wydanie kazań Św. Jana Marii Vianney'a Proboszcza z Ars. W świątyni stanowiącej jedną bryłę architektoniczną z tym cudownym miejscem, tuż pod tabernakulum - autentyczne relikwie Św. Kapłana jakby ciągle jeszcze adorujące tę tajemnicę, na zgłębienie i uwielbienie której może zabraknąć całego życia, nawet gdy przed Najświętszym Sakramentem spędza się tyle czasu, co nasz Święty Patron. Krzyż, obrazy uświęcone modlitwą kilku pokoleń ludzi wierzących, księgi liturgiczne od ponad dwustu lat będące pomocą i zarazem świadkiem życia sakramentalnego, Pismo Święte zawierające Słowo Boga Żywego ciągle takie samo nie tylko od dwustu czy trzystu lat - stosownie do leżących tu woluminów, ale w ogóle niezmienne jak niebiosa. Bo też czas tu się prawdziwie zatrzymał; zarówno w sensie klimatu całego wnętrza, które przeniesione zostało z połowy XIX wieku, ale również w sensie bardzo rzeczywistym i realnym: jesteś tu na modlitwie, lekturze, medytacji, doświadczasz Bożej obecności, słuchasz tego, co mówi Pan, podsumowujesz swoje sprawy, podejmujesz ważne decyzje, planujesz przyszłość, popadasz w zadumę - a kiedy wreszcie zawstydzony tym że dawno tego nie robiłeś  popatrzysz na zegarek, odkrywasz ze zdumieniem że zepsuł się na pewno i pokazuje złą godzinę, tak niewiele upłynęło czasu. I cisza... prawie absolutna, a jeżeli już zmącona - to tylko głosami natury jakby nieśmiało przypominającej o swoim aktualnym istnieniu dającym jedyne realne odniesienie do rzeczywistości. Gdyby nie te dźwięki, można by kompletnie zapomnieć o tym gdzie się jest i bez końca trwać w tym mistycznym uniesieniu, do którego zaprasza, w które wciąga i w którym chce zatrzymać to niezwykłe miejsce.
Również taka potrafi być tajemnica świętości gorliwego wiejskiego duszpasterza, która nawet po stu pięćdziesięciu latach od śmierci nie tylko nie przestaje zawstydzać, ale także pociąga i okazuje się nader atrakcyjną. Tę tajemnicę czuć doskonale w miejscu dedykowanym Świętemu Kapłanowi, w miejscu z którego nieustannie przez jego wstawiennictwo płynie przed tron Boży gorliwa modlitwa za kapłanów Kościoła. A jeżeli dodać, że pewnych doznań i przeżyć nie da się przecież opisać - a tak jest na pewno z tajemnicą tego miejsca - to jedyne co można zrobić, to przybyć tu osobiście i próbować dotknąć tej tajemnicy.
We wspomnianym pełnym wydaniu Kazań Św. Jana Marii Vianney'a znaleźć można piękne wyznanie o. Monnina, który miał radość słuchania kazań Św. Proboszcza. Wspomina, że z duszy ks. Vianney'a wyrywały się jak strzały myśli wzniosłe, głębokie, to znowu zupełnie proste. "Często zabieraliśmy się do spisania rzeczy słyszanych, nigdy jednak nie udało nam się myślom tym, którymi nas najwięcej poruszył, nadać formy; krzepły one pod piórem jak ostygła lawa. Tak jak nie opisze szumu lasów, ani jęku fal morskich, co się rozbijają o skały, tak i tego, co Boże w sercu człowieczym, w słowa zakuć niepodobna."
Widać takie już jest wszystko, co ten Święty Kapłan dawał i nadal daje swoim życiem, gorliwością, przykładem, nauczaniem i dobrymi natchnieniami, że przy próbie opisania - krzepnie pod piórem jak ostygła lawa..

ks. Tomasz Nowak, kustosz

Majowy śnieg


Tytuł: "Majowy śnieg" brzmi tak samo nieprawdopodobnie, jak "zimny ogień" czy "mokra susza". A jednak...
Na wiele różnych sposobów nazywano w ostatnich latach świąteczny dzień 3 Maja - Rocznicę Ustanowienia Konstytucji oraz oddawania czci szczególnej Matce Bożej Królowej Polski i na wiele różnych sposobów ten dzień przeżywano. Zgodnie z dawną tradycją wielu naszych rodaków udawało się w tym dniu do kościoła na modlitwę za Ojczyznę zanoszoną do Pana Boga przez wstawiennictwo naszej Matki i Królowej. Byli i tacy, dla których początek maja kojarzył się wyłącznie z kolejnym długim week-end'em i spędzali czas na grillowaniu, wypoczynku lub wycieczkach. Nie trzeba dodawać, że niektóre tylko ze sposobów przeżywania dnia Trzeciego Maja były odpowiednie i należyte. Z pewnością duży wpływ na to, jak przebiegały obchody 'Majowego Święta' miała pogoda niekiedy bardziej, a niekiedy mniej sprzyjająca tym bardziej światowym propozycjom. Generalnie: im gorsza pogoda - tym lepiej dla głębi i intensywności przeżyć religijnych.
Gdyby za punkt wyjścia przyjąć tak ujętą zasadę, tegoroczny początek maja bardzo sprzyjał głębokim religijnym przeżyciom możliwym do osiągnięcia w tym właśnie czasie. 03 maja temperatura powietrza była bardzo niska, duże zachmurzenie, silny wiatr. Słowem pogoda kompletnie niesprzyjająca jakimkolwiek formom aktywności na wolnym powietrzu. W godzinach południowych zaczęły się dość intensywne opady najpierw deszczu, który jednak bardzo szybko ustąpił miejsca ogromnym śnieżnym płatom przykrywającym majową ziemię. Sam przelotny opad może nie byłby wielkim wydarzeniem; ale fakt że chwilę potem wszystko wokoło było zupełnie białe, która to śnieżna pokrywa do wieczora stała się jeszcze grubsza i dokładniej otulająca wszystko - należało by na pewno zapisać w księdze rzeczy dziwnych i nadzwyczajnych.
Na początek maja bardzo zaskakujące i nietypowe warunki atmosferyczne; na majowe świętowanie pogoda idealna biorąc pod uwagę, że w kościołach dachy raczej solidne i opadów do środka nie wpuszczają. Pan Bóg potrafi pogasić bałwochwalcze ogniska tego świata i zatroszczyć się o to, by w sercach prawych i szczerych żywym ogniem płonęło ponad wszystko pragnienie Bożej chwały. A zatem: Chwała Mu za to!
 
ks. Tomasz Nowak, kustosz

Niedzielny spacer II


czyli nie zmieniło się prawie nic
Prawie wszystko było tak samo: tafla jak aksamitny obrus, smutne żaglówki, milczące ryby, świąteczny nastrój niczym nie zmącony i o wiele mądrzejszy od ludzkiego świętowania Dnia Pańskiego. I chociaż nie zmieniło się prawie nic, to przecież kolejna wyprawa po wodach ogromnego jeziora nie była wcale nudna ani standardowa czy klasyczna. Otworzyła oczy na zupełnie nowy aspekt takiego niedzielnego wędrowania. I to na aspekt najważniejszy - na nieskończoność.
Jest na tym jeziorze tak, że gdy dopływasz do obranego wcześniej punktu wydaje ci się, że za tym miejscem nie ma już nic, że to wreszcie kraniec, ostatnia zatoka i zwycięstwo lądu nad wodą. Ale gdy osiągniesz ten kres, odkrywasz, że prawda jest zupełnie inna. Przed oczami pojawia się bowiem kolejny bezkres, inny, pociągający i nie pozwalający na zlekceważenie jego tajemnicy. Gdzieś daleko pojawia się kolejny punkt, o którym chciało by się powiedzieć: tym razem to już na pewno koniec. I chociaż wiesz, że takie mówienie jest ryzykowne, podejmujesz to ryzyko i płyniesz, by przekonać się, jak jest naprawdę. Takich niespodzianek jest przynajmniej kilka i chociaż ucieka bezcenny czas koniecznie potrzebny, by bezpiecznie wrócić do macierzystej przystani, nie da się przestać, wycofać, powiedzieć: dalej nie płynę - bez poczucia przegranej i świadomości bezpowrotnej utraty danej ci szansy. Nieskończoność bardzo wciąga nawet wtedy gdy jest pozorna; wiadomo przecież, że gdzieś to jezioro musi mieć brzeg zamykający je ostatecznie. A jednak nie pozwala zrezygnować, odwracać wzroku od kolejnych "końcowych" punktów, poza którymi już nie będzie wody. Nie pozwala myśleć o czymkolwiek innym, bo sama jest wielką, godną naszej uwagi  tajemnicą. Ta prawdziwa Nieskończoność, którą poznawać będziemy przez wieki całe i nigdy nie wyczerpiemy Jej Istoty jakoś łatwiej daje się ku Sobie zbliżyć dzięki takiemu tajemniczemu jezioru, które przecież stworzył Nieskończony i zadał nam jego sekret i tajemnicze piękno do ciągłego odkrywania. Kiedy dopłynie się wreszcie do końca, w sercu rodzi się wielka radość zwycięstwa - nie nad jeziorem lecz nad sobą (z przyrodą walczyć nie wolno, można ją jedynie pokornie poznawać). Gdyby jednak tego końca nie było, można by bezustannie odkrywać nowe przestrzenie, wędrować bez granic i czuć nie tylko żywe zainteresowanie, ale wewnętrzną potrzebę pójścia dalej i dalej...
Każda niedziela jest punktem orientacyjnym otwierającym na prawdziwą Nieskończoność. Jeśli nie będziesz uważny, jeśli odwrócisz wzrok, jeśli zlekceważysz ten punkt - nigdy nie odkryjesz tajemnicy i nie ucieszysz się z jej poznawania. "Kto przykłada rękę do pługa a wstecz się ogląda - nie nadaje się do Królestwa Niebieskiego".
Żeby tylko ktoś nie popsuł tego cudownego i sakralnego jeziora jakimś pokracznym i  postępowym pomysłem zagospodarowania go dla potrzeb nowoczesnej cywilizacji. To na Nieskończoność otworzyć już na pewno nie potrafi!
 
ks. Tomasz Nowak, kustosz
 

O mocno stojącym na nogach


Po dwóch niedzielnych spacerach przyszła pora na spacer w dniu powszednim. Ale tylko dzień był powszedni, bo spacerowanie kajakiem po jeziorze było - jak zwykle - prawdziwym świętem. Była spokojna tafla wody (przynajmniej przez pewien czas), była pokusa sięgnięcia nieskończoności (pokusą pozostała, bo dzień już za krótki, by można tej pokusie roztropnie ulec), było wreszcie dużo refleksji głębokich dotyczących głębi właśnie oraz niezmienności. Skoro o tej ostatniej mowa, to zwykle kojarzy się ona z materią znacznie twardszą przez co trwalszą: z kamieniem, minerałem, skamieliną. Gdyby ktoś szukał takich miejsc, które się nie zmieniają, do których po latach można powrócić i mieć pewność że będą takie same jak dawniej, to pewnie pomyślałby o górach; twarde, mocne, skaliste, nieosiągalne, nienaruszone ludzką ręką - więc niezmienne. Żeby jednak precyzyjnie i uczciwie opisać tę ich niezmienność, powinno się raczej powiedzieć: zmieniają się tak powoli, że ludzkie oko jednego pokolenia nie jest w stanie tego zauważyć. Ale o jeziorze powiedzieć: niezmienne, to trochę dziwne i prowokujące. Woda do niego wpływa i wypływa zeń nieustannie, roślinność przy brzegu więdnie i ustępuje miejsca kolejnym roślinnym pokoleniom, nieprzeniknione głębie wód kryją niezwykłe tajemnice przemijania i powrotów... A jednak w tej ciągłej zmienności pozostaje dumnie niezmienne, co więcej: tej pozornej zmienności najbardziej zawdzięcza swą prawdziwą niezmienność. Przecież gdyby woda się nie wymieniała - przestałoby żyć i z czasem zamieniłoby się w ogromną sadzawkę, gdyby rośliny nie ustępowały miejsca nowym - wyglądałoby strasznie, a gdyby w głębinach nie zachodziły procesy wymiany pokoleń - stałoby się wielkim cmentarzyskiem a nie pięknym żyjącym pełnią życia jeziorem. Oto do jak ważnych dla życia duchowego wniosków prowadzi spacer po mądrym jeziorze: żeby być stałym i niezmiennym, trzeba podlegać ciągłym przemianom; stagnacja i brak rozwoju grozi śmiercią ducha, zaś nadmierne przywiązanie do zewnętrznych pozorów zabija to, co w niezmienności najważniejsze.
Jeszcze bardziej zdumiewające są wnioski, do których można dojść myśląc o głębinach jeziora. Zwykle każdy kto wyrusza na wędrówkę po jakimkolwiek akwenie myśli sobie, że jest człowiekiem mocno stojącym na nogach. I zabiera co na drogę potrzebne: wodę pitną, zapasy pożywienia, odpowiednie ubrania - słowem: sprawę bierze w swoje ręce. Tu nie wolno nadmiernie ryzykować, każde zaniedbanie czy błąd może wiele kosztować. Ale w tym całym zabezpieczaniu swojego wędrowania prawie nikt nie bierze pod uwagę rzeczy najistotniejszej: że przez cały czas pobytu na wodzie przetrwanie będzie można zawdzięczać nie swojej zapobiegliwości, ale siłom zupełnie zapomnianym, które sprawiają że utrzymujemy się na powierzchni. Zwykle zapatrzeni w bezkres rozpiętego nad nami nieba zapominamy o tym, co pod nami; a tam wcale nie ziemia do której przywykliśmy i po której możemy twardo stąpać, ale... miękka, delikatna i rozpływające się we wszystkich kierunkach woda. W istocie podczas całego wędrowania jesteśmy zawieszeni pomiędzy niebem a ziemią, do której - w zależności od głębokości jeziora - pozostaje kilka, kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt metrów! I gdybyś próbował mocno stanąć na nogach, to byś się po prostu utopił, bo woda nie znosi wprost naszej dumnej pozycji pionowej.
Warto nie zapominać o tym wniosku w codziennym życiu, gdy zabiegani wokół codziennych najważniejszych spraw, żywimy przekonanie o konieczności naszego bycia w ich centrum i kierowania wszystkim. Niezależnie od tego kim jesteś i co robisz, jakie są twoje priorytety i stopień bardziej czy mniej świadomego mijania się z obiektywna prawdą, jak mocno stoisz na nogach i bierzesz sprawy w swoje ręce - zawsze jesteś zawieszony pomiędzy niebem i ziemią i twoje życie wraz ze wszystkimi sprawami jest w rękach Tego, Który to wszystko stworzył, a Któremu możesz oddać cześć w tajemnicy Bożej Opatrzności. A im wyżej jesteś (lub wydaje ci się, że jesteś), dziękuj tym bardziej, bo do ziemi ci daleko, żyjesz zaś i działasz prawdziwym cudem.
 
ks. Tomasz Nowak, kustosz
 

Ostatni wieczór Roku Liturgicznego


Kilka razy w razy każdy kapłan zmienia kolejny tom brewiarza na następny, odpowiedni do przeżywanego czasu. Często pojawia się wtedy taka refleksja i takie pytanie: który z tych tomów będzie ostatnim tomem ziemskiego życia, takim niedomkniętym i niewymienionym na kolejny? Który z tych tomów podobnych do kopalni pobożności i wiary przygotuje ostatecznie do Liturgii Niebieskiej? Taka myśl pojawia się pewnie szczególnie intensywnie, gdy ta zmiana każe sięgnąć kolejny raz w ziemskim życiu po pierwszy tom Brewiarza - ten na Adwent i Boże Narodzenie. Bo oto w tyle zostaje kolejny Rok Liturgiczny ze wszystkim, co go stanowiło: z ogromem Bożych natchnień i łask, z całą potęgą życia sakramentalnego, z Bożym błogosławieństwem gwarantującym powodzenie naszym poczynaniom zgodnym z wolą Stwórcy. A skoro myśl biegnie wstecz - do przeszłości, to przypomina się i tamten wieczór sprzed lat, kiedy w pierwszy wieczór adwentu tego roku, w którym miały odbyć się święcenia diakonatu Ojciec Duchowny w Seminarium zasugerował, żeby wziąć do ręki i serca Brewiarz Kapłański i próbować na nim opierać swoje życie modlitwy. Wiele lat, wiele wspomnień, wiele zmagań o jakość modlitwy, doskonała próba wierności kapłańskiego serca, prawdziwy barometr wykorzystania czasu. Wtedy była fascynacja, poczucie wielkości chwili, gorliwe deklaracje i obietnice; potem zazwyczaj szare dni i wieczory rozświetlane jednak blaskiem modlitw brewiarzowych; dzisiaj po latach - najmocniejsze przekonanie, że gdy masz w rękach i sercu tę świętą księgę, nikt i nic ci nie może zaszkodzić.
W kościele wszystko przygotowane do tegorocznego Adwentu: wieniec adwentowy z czterema nowiutkimi świecami symbolizującymi kolejne tygodnie oczekiwania,  figurka Dzieciątka Jezus przysposobiona do wędrówki po domach naszej Parafii, dekoracja dla dzieci o Pamiętniku Papieskiego Anioła, a nade wszystko pięknie jakkolwiek skromnie przystrojona Roratka - trochę zdziwiona że jeszcze nikt jej nie zapala. A Ona gotowa, by płonąć dla Boga, by rozświetlać drogę Temu, Który ma przyjść, by swoim ogniem rozpalać nasze serca i przygotowywać je na spotkanie z Najwyższym.
Niech Maryja, którą Roratka symbolizuje towarzyszy nam na adwentowych ścieżkach nie tylko do Bożego Narodzenia, ale przez całe życie, które przecież jest jednym wielkim oczekiwaniem na przyjście Pana. Wszystko zaś co dotyczy nieznanej nam przyszłości, zamykajmy zawsze w słowie: UFNOŚĆ...
 
ks. Tomasz Nowak, kustosz
 

Majowe upały


We wcześniajszych zapiskach kronikarskich tytuł  wpisu brzmiał: "Majowy śnieg" i dotyczył dokładnie tego samego czasu, co obecny tytuł o majowych tropikach. Nie trzeba było nigdzie wyjeżdżać, by na początku miesiąca dedykowanego Matce Najświętszej przeżyć prawdziwie tropikalne upały. Przez kilka dni temperatury z wyjątkiem nocy nie spadały poniżej 30 oC! Już w godzinach porannych (ok. godz. 8.oo) temperatura w słońcu sięgała trzydziestu kilku stopni. Tym razem długo i z utęsknieniem wyczekiwany śpiew pieśni: "Chwalcie łąki umajone" był idealnym opisem  cudownie wybujałej rzeczywistości budzącego się do życia świata przyrody. Wszystko przepięknie się zazieleniło, rozkwitło, ptaki w pośpiechu pobudowały gniazda - bezpieczne domy dla swoich ptasich pociech, powietrze pachniało tak jak w lipcu i taką miało temperaturę. Nie do poznania zmienił się świat wokół nas w ciągu zaledwie kilku dni - z uśpionego zimowym snem, pozornie martwego i smutnego przemienił się cudownie w prawdziwą oazę świeżości, młodej zieleni i nieposkromionego życia. Z podziwem można się było przyglądać, jak poszczególne gatunki świata roślinnego w nienaruszalnej kolejności, bezbłędnie i punktualnie rozpoczynały swoją kolejną przygodę ogromnej aktywności i pełni życia. Niby nierozumne a tak doskonale wypełniające zamysł Stwórcy i realizujące swoją misję na właściwym miejscu i w odpowiednim czasie
Aż tęsknota bierze człowieka, że pomimo swej przewagi nad światem roślinnym nie potrafi tak cudownie i szybko rozkwitnąć, tak doskonale spełnić Bożej woli i bezgranicznie ucieszyć Stwórcy - Miłośnika życia. Przez cały miesiąc  będziemy prosić Maryję, by nam w tym rozkwitaniu dla Boga dopomagała.
 
ks. Tomasz Nowak, kustosz
 

Kocham te noce


Kocham te noce, kiedy słońce zachodzi na północy i sprawia nieodparte wrażenie, że posunęło się za daleko... Dawno temu minęło ono południe zmęczone upałem, przewędrowało dzielnie pracowite godziny popołudniowe, nawet wieczór go nie zmęczył ani nie zaraził spokojną melancholią - szło dalej i dalej jakby bez kresu i chwili wytchnienia, nawet zachód minęło niepostrzeżenie i nic go nie było w stanie zatrzymać. Gdyby ktoś dawnym stylem czekał na zachód słońca, by odpocząć po pracy - zapracowałby się na śmierć zwłaszcza rozpoczynając pracę o wschodzie słońca.
Można oczywiście powiedzieć: normalna rzecz w naszej szerokości geograficznej, że latem tak się dzieje. Ale można też spojrzeć na to naturalne skądinąd zjawisko nieco inaczej. Tak wiele wokół nas zła, które zdaje się panoszyć wszędzie. Raz jest dostrzegalne gołym okiem i bezczelnie krzykliwe, kiedy indziej czai się tam, gdzie można było sądzić, że go nie ma i być raczej nie powinno. Niektórzy twierdzą: jest wszechobecne i próba pokonania go jest zupełnie daremna, bo pokonać się go nie da; nawet jeśli wydaje się że pokonane zostało - powraca zwykle  (jakby zmutowane) pod inną postacią. Ta "noc zła" zdaje się swoim duszącym płaszczem otulać nasze życie coraz szczelniej i szczelniej, zaś zwycięstwa dobra i światłości zwykle bywają marginalizowane i pomijane kłopotliwym milczeniem.
Warto więc ucieszyć się, kiedy światła jest więcej niż ciemności a dobra więcej niż zła; kiedy na światło dzienne wychodzi ta obiektywna prawda potwierdzona od zawsze i od wieków niezmienna: że prawda zwycięża z kłamstwem, że dobro jest lepsze i bardziej popularne niż zło, światłość zaś zawsze rozprasza wszelkie ciemności. Gdy zaś o proporcje chodzi - te cudowne letnie noce pokazują prawdę najlepiej i najbardziej wyraźnie: absolutna ciemność nie zapada wcale! Ledwie słońce skryje się za horyzontem i łaskawie pozwoli ogłosić początek nocy - za chwil parę na północno - wschodniej stronie nieba pojawia się jutrzenka zwiastująca nowy poranek.
Aż doczekać się nie można wschodu tego Słońca, które nigdy nie zazna zachodu i początku tego Dnia, który trwać będzie wiecznie... Kocham te noce za to, że takie krótkie; kocham za to, że kiedyś skończą się i przeminą absolutnie bezpowrotnie.
Oby nas wtedy nie poraziło prawdziwe Słońce nie znające zachodu...
 
ks. Tomasz Nowak, kustosz
 

Nie móc się doczekać


kolejnego dnia
Czekanie na cokolwiek ludziom naszych czasów przychodzi coraz trudniej. Brak cierpliwości, napędzane nadmierną roszczeniowością, pragnienie nieograniczonego posiadania, zazdrość o to, co posiadają inni - to tylko  niektóre czynniki będące przyczyną takiego stanu rzeczy. Czekać nie lubimy, nie chcemy; bierzemy kredyty umożliwiające zdobywanie bez czekania, wyciągamy coraz częściej rękę po to, co nam nie przysługuje ani nam się nie należy, tracimy do reszty cnoty cierpliwości i wytrwałości. Dobrze to znamy.
Na tak nakreślonym tle niczym wybawienie rysuje się spokojny wieczór po spracowanym dniu, w którym już nic więcej - i to z kilku co najmniej powodów - nie da się zrobić. Wieczór poprzedzający kolejny dzień... I nawet jeśli jest on bardzo dokładnie zaplanowany i przemyślany tak, by nie uronić ani jednej chwili z bezcennego daru czasu, to i tak zawsze pozostaje ogromna ciekawość tego, co z naszymi planami i zamierzeniami zrobi ostatecznie Pan Bóg. I gdy wszystko jest przygotowane, my sami otwarci na podjęcie określonych działań, pełni zapału i bliscy realizacji celu - pozostaje prawdziwa przyjemność oczekiwania na to, co ma się wydarzyć, albo co się wydarzy. To zupełnie inne: "nie móc się doczekać", niż to dotyczące spraw światowych. Zupełnie inne w istocie i zupełnie inne w przeżywaniu. Bo jest tu wiele radości z samego faktu czekania, co dopiero powiedzieć o realizacji zamierzonych działań. Jest nuta niepokoju i niepewności ale nie z powodu jakiegokolwiek zagrożenia czy niebezpieczeństwa utraty czegoś cennego; raczej atrakcyjnej ciekawości tego, co Boża Opatrzność zechce zrobić ostatecznie z naszymi pragnieniami i zamierzeniami, a niezależnie co zrobi - będzie to jeszcze bardziej satysfakcjonujące i zaskakujące. Jest wreszcie pokorne przekonanie, że choćbyś wszystko najdoskonalej zaplanował i przewidział, to Pan Bóg i tak może cię zaskoczyć doskonałością jeszcze większą a przy tym prostą, niespodziewaną i kompletnie nieprzewidywalną dla nas ludzi. Wszystko to daje radość - rzadką pewnie w dzisiejszym świecie - płynącą z czekania, którego nie da się skrócić,  które właściwie samo w sobie jest wielką radością, bo jest czekaniem na wielką przygodę kolejnego dnia życia - wielkiego i wspaniałego daru naszego dobrego Stwórcy. Jemu chwała na wieki!
 
ks. Tomasz Nowak, kustosz
 

Nowe Święto Kościoła


Zwykle mamy łaskę przeżywania w Liturgii Kościoła rozmaitych obchodów istniejących od dawna; dzięki nim dotykamy najważniejszych tajemnic naszej wiary, poznajemy przymioty samego Boga, cnoty Matki Najświętszej, postaci świętych i błogosławionych. Bywa jednak niekiedy i tak, że ta Boża łaska przybiera szczególną postać i pozwala nam być świadkiem powstawania nowego święta, mieć zaszczyt i honor uczestnictwa w tworzeniu klimatu duchowego przeżywania takiego liturgicznego obchodu.
Stolica Apostolska ustanowiła w tym roku Święto Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana i kazała je obchodzić w czwartek po niedzieli Zesłania Ducha Świętego. Przed tajemnicą Chrystusowego Kapłaństwa wierni Kościoła od zawsze zginali swe kolana w uwielbieniu i wdzięczności za Tego, który był, jest i na wieki pozostanie Kapłanem, Ołtarzem i Żertwą Ofiarną. Od tego roku jednak mamy szczęście czcić i rozważać tę tajemnicę odrębnym Świętem. "Kilka lat temu nie było tutaj - mówił w homilii podczas uroczystego Nabożeństwa sprawowanego u Św. Jana Marii Vianney'a w Mzykach kustosz Sanktuarium - miejsca szczególnej modlitwy za kapłanów, nie było charyzmatu tego kościoła ani rozwiniętego kultu Św. Kapłana, którego czynimy Orędownikiem naszych modlitw. Rok temu nie było również Święta, które dzisiaj z woli Stolicy Apostolskiej obchodzimy po raz pierwszy. Nie wiemy, czego jeszcze oczekuje od nas Pan Bóg na tym miejscu i jakie ma wobec naszej wspólnoty zamierzenia". Nabożeństwo rozpoczęło się od wystawienia i adoracji Najświętszego Sakramentu, modlitwy różańcowej i odśpiewania Litanii Loretańskiej. Główną część modlitwy stanowiła Liturgia Eucharystyczna połączona z Nieszporami o Chrystusie Najwyższym i Wiecznym Kapłanie sprawowanymi według zaleceń Stolicy Świętej. Po Apelu Jasnogórskim ucałowaliśmy relikwie Św. Jana Marii Vianney'a, dziękując przez niego Panu Bogu za niepojęte dla nas zrządzenia Bożej Opatrzności.
Piękna modlitwa, piękne Święto, piękna tajemnica Bożej Miłości objawiającej się w najdoskonalszej Ofierze złożonej raz na zawsze i ciągle sprawowanej na pamiątkę. I także piękna gotowość płonąca w sercach zgromadzonych wiernych, by wiernie - na podobieństwo Maryi - spełnić wszystko czego Bóg zażąda i z pokorą szare zwyczajne dni uczynić wielkimi i wyjątkowymi dla Pana - Arcykapłana na wieki.
 
ks. Tomasz Nowak, kustosz
 

Tło nie bez znaczenia


Niekiedy mówi się o postaciach drugoplanowych, o ludziach będących zaledwie tłem dla innych - bardziej wybitnych, o wydarzeniach schodzących na dalszy plan, czyli jakby niedostrzeganych. Tak w życiu jest, że nie wszystko może się zmieścić na pierwszym planie; zresztą wytyczanie tego planu i spraw zasługujących na to, by na nim się znaleźć zawsze może i powinno budzić spore kontrowersje. Warto byłoby się przyjrzeć tej sprawie po dłuższym czasie i sprawdzić, co pozostało z tych rzeczy i osób wybranych kiedyś na rzekomy pierwszy plan i co właściwie z tej pierwszoplanowości wyniknęło. Wiele przecież wydarzeń, osób i spraw spychanych na drugi plan, jakby płynących poza głównym - najważniejszym nurtem potrafi po latach wyłonić się z mroków historii, to zaś co stanowiło nurt główny i plan pierwszy - przeminąć bezpowrotnie i ulec całkowitemu zapomnieniu. Bezspornie warto też zauważyć, jak bardzo wiele od tła zależy, jak inaczej rzeczy wyglądają na jednym, a jak zupełnie inaczej na odmiennym planie; jak bardzo to tło może zmieniać sposób widzenia rzeczy na nim się ukazujących. Wreszcie i tego pytania lepiej nie uniknąć: co decyduje o tym, że coś jest tłem a coś ważnym szczegółem: ilość, ważność, prawo do należnego miejsca? Bardzo to wszystko złożone i skomplikowane. A sprawa dotyczy przecież czegoś bardzo prostego i zdawać by się mogło oczywistego: czy ptaki na początku kwietnia mają prawo swobodnie śpiewać i zapowiadać swymi głosami rychłe nadejście upragnionej wiosny? A więc: czy mają prawo po długiej i uciążliwej dla nich zimie wyjść wreszcie na pierwszy plan i odegrać swoją dziejową rolę? No zasadniczo: tak, ale śnieg w tym roku chyba tego nie wie, albo nie chce przyjąć do wiadomości. Jakby żałośnie, smutno, a już na pewno dziwnie zaskakująco brzmi ten piękny poranny śpiew ptaków szukających miejsc na gniazda, gdy dźwięczy na białym, groźnym i nieprzyjaznym tle wszechobecnego śniegu. Można odnieść wrażenie toczącej się w przyrodzie walki pomiędzy jednym żywiołem, który jakby spowalniał bieg natury zalegając stanowczo za długo na pięknym i wyspanym już świecie, a nieprawdopodobną siłą życia, która nie zważając na niebezpieczeństwa, niedogodności czy ryzyko śmiało upomina się o swoje przysługujące od wieków prawa. Odwagi wielkiej trzeba, by tak głośno i zdecydowanie kłócić się z ogromnymi masami śniegu i przypominać: twój moment już przeminął, znikaj by dopiero za rok powrócić! Czy jednak maleńkie ptaszki mają szansę w tej nierównej walce? Czy ich delikatny głos będzie wzięty pod uwagę? Czy pokonają tę mroźną i przytłaczającą potęgę śniegu?
Prawdziwe wiosenne słońce zaświeciło w tym roku po raz pierwszy w Święto Bożego Miłosierdzia podczas Koronki do Bożego Miłosierdzia odmawianej w ramach Godziny Miłosierdzia o godz. 15.oo...
 
ks. Tomasz Nowak, kustosz