Katecheza dla Kapłanów

Rady duszpasterskie


Św. Jana Marii Vianney'a

dla duszpasterzy

rad pouczających kilka

 

Szczególnie w początkowych latach posługi w Ars ks. Vianney dawał się poznawać parafianom od bardzo trudnej do zaakceptowania strony. Biorąc pod uwagę, że poprzednik Św. Jana na urzędzie proboszcza uciekł z parafii - widok gorliwego duszpasterza walczącego wręcz o zbawienie dusz mógł jednych dziwić, innych zaś zachęcać do walki z takim stylem prowadzenie owieczek do Boga. Wszystkim gorliwym kapłanom pałającym gorliwością o zbawienie dusz, niekiedy zniechęcanym na rozmaite sposoby Święty Proboszcz radzi:

"Jeśli duszpasterz nie chce się potępić na wieki, powinien bez miłosierdzia chłostać wszelkie nadużycia w parafii; powinien przy tym zdeptać nogami wzgląd ludzki i obawę przed wzgardą lub nienawiścią ze strony parafian; a choćby miał pewność, że go zabiją, skoro zejdzie z ambony - nie wolno mu ustąpić. Duszpasterz, jeśli chce wypełnić swój obowiązek, niech nie zapomina o tym, że musi wziąć do ręki miecz".

Warto przejąć się tymi słowami, ale też przyjąć je w swoim pasterskim posługiwaniu.

Św. Jan Maria w Ars spędził lata od 1818 do 1859; w naszych czasach i w kapłańskim żargonie powiedzielibyśmy: pewnie dobrze mu tam było. Pod koniec swojego kapłańskiego życia św. Jan wspominał:

"Gdybym był wiedział, przybywając do Ars, jakie mnie tam czekały cierpienia, umarłbym w jednej chwili".

On tam nie był dla siebie - nie tylko nie dla swojego zadowolenia, ale również niekoniecznie dla swojego osobistego rozwoju duchowego. (Kolejne próby ucieczki z Ars dyktowane były przecież pragnieniem odejścia na pustynię świata i całkowitego oddania się pokutnej modlitwie.) On tam był dla dobra powierzonej sobie owczarni, która z biegiem lat stawała się coraz większa i coraz bardziej wymagająca. Oprócz cierpień, które sam brał na siebie w ramach pokuty za spowiadanych przez siebie penitentów, bardzo mocno dokuczały mu ludzkie języki: był szkalowany, obmawiany, niesłusznie posądzany, wyszydzany, obrażany, śpiewano o nim sprośne piosenki, podrzucano pod plebanię obraźliwe treści, pod oknami urządzano szatańską "kocią muzykę". Wiele spraw odbierających mu cześć i kapłańską godność trafiało również do biskupa, który zlecał miejscowemu dziekanowi zbadanie tych rzeczy. Co na to nasz Święty?

"Sądziłem, że nadejdzie chwila, kiedy kijem będę gnany z Ars, ksiądz biskup mię zasuspenduje, i osadzą mnie na resztę moich dni w więzieniu... Widzę wszakże, żem nie zasłużył na te łaskę. Pozostawiają mnie tutaj jak pieska na smyczy... A przecież znają mnie dość dobrze".

Trudno dodać słowo sensownego komentarza wobec tak wielkiej pokory, która zawsze okazywała się zwycięska.

We wszystkich przypadkach posądzania ks. Proboszcza o rozmaite brudne sprawki, mógł on - publicznie oskarżany - publicznie się bronić z ambony. Nie zrobił tego nigdy...

"Trzeba się za nich modlić (...). Pozwoliłem wszystko na siebie mówić i tym sposobem doprowadziłem do tego, że wreszcie ludzie zamilkli".

Św. Janie Mario Vianney'u, módl się za nami!!!

Powołanie - Jeremiasz


Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu odkrywa prawdę o powołaniu człowieka przez Pana Boga. W szczególności o powołaniu do Bożej służby: do kapłaństwa i życia konsekrowanego.
Jeremiasz  
W I rozdziale księgi proroka Jeremiasza czytamy m.in. takie słowa: "Pan skierował do mnie następujące słowo: 'Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów ustanowiłem cię' " (w.4-5). Właściwie w jednym, stosunkowo prostym, zrozumiałym zdaniu, zawarte zostało wszystko to, co dla rozumienia powołania najważniejsze. Z objawionych sobie Bożych słów, mógł Jeremiasz dowiedzieć się przede wszystkim tego, że jego życiowe powołanie to Boża sprawa. W Bogu jest jego początek. W Bogu jego powołanie się zaczęło, a raczej poczęło. U początków historii jego życia leży Boża myśl, Boży zamiar, Boże postanowienie. Wola Boża, by ludzkie życie, życie konkretnego człowieka - jego życie: Jeremiasza syna Chilkiasza, z rodu w Anatot, w ziemi Beniamina - by to życie dokonało się na takich, a nie na innych drogach, by służyło wypełnieniu takich, a nie innych zadań. Słuchając Bożych słów mógł Jeremiasz nabyć pewność, że jego powołanie charakteryzuje się absolutną nieprzypadkowością, nie ma w nim niczego nieprzemyślanego, niczego, co mogłoby sprawiać wrażenie rozwiązania doraźnego, tymczasowego. To nie jest jakiś nieprzewidziany zbieg okoliczności czy splot wydarzeń. Wręcz odwrotnie: Bóg wszystko przemyślał i zapragnął od dawna, od samego początku - 'zanim' Jeremiasz się narodził, 'zanim' stał się w swoim ludzkim ciele, 'zanim' objawił się w swoim człowieczeństwie - Pan już tego chciał: tego wszystkiego, co będzie składało się na ziemskie powołanie Jeremiasza. To tak jakby cała historia jego życia, wszystko to, kim był, wszystko to, co składało się na jego życie i na niego samego - wszystko to było 'utkane' Bożą myślą powołania. Właściwie Jeremiasz powinien mówić o sobie nie tyle, że ma powołanie, co raczej, że cały jest z powołania.
Gdyby to wszystko odnieść do historii naszego życia, mojego życia to odsłaniają się przed nami naprawdę niesamowite perspektywy rozumienia siebie i swojego powołania. To, że mam być księdzem czy osobą konsekrowaną to nie mój wymysł, to nie mój pomysł na życie. To Boża wola, Boże pragnienie, Boże 'chcenie'. Naprawdę jest tak, że moje powołanie to wyraz jakiejś przeogromnej Bożej tęsknoty - za kapłaństwem właśnie we mnie. On tak postanowił, tzn. On - Bóg tak właśnie widział moje życie, widział mnie samego - jako kapłana. Widział tak od wieków, od dawna, od samego początku. Wtedy, gdy mnie jeszcze nie było. Stałem się, gdy Bóg wierny temu swojemu widzeniu mojego życia, myślą właśnie taką a nie inną 'tkał' mnie i historię mego życia: ukształtował mnie moim powołaniem. W moim powołaniu nie ma niczego przypadkowego, niczego z rozwiązań nagłych, nieprzemyślanych, z ostatniej chwili. To jest Jego święty zamiar, Jego święta wola, która dąży do tego, co nie tylko dla mnie najlepsze, lecz do tego, co dla mnie jedyne i możliwe. Tylko w tym horyzoncie Bożego zamysłu będę mógł odnaleźć sens swego życia i osiągnąć właściwą sobie pełnię istnienia.
Jeżeli taka jest prawda o moim powołaniu, to po pierwsze pytać mi trzeba nie tyle o to, czy ja chcę kapłaństwa lecz raczej czy naprawdę Bóg tego dla mnie chcę. Jest etap w życiu człowieka powołanego, gdy pierwsze z tych pytań wydaje się oczywistsze. Młody człowiek jakby w sobie samym poszukuje potwierdzenia: w swoich zamiłowaniach, w swoich pragnieniach, w swoich upodobaniach. Etap ten jest konieczny i potrzebny. Trzeba go przejść i wcale nie jest czymś niewłaściwym odwoływać się do odkryć na nim poczynionych. One bardzo pomagają. Niemniej jednak, ostateczne rozumienie siebie jako powołanego dokonuje się w inny sposób. Ono przychodzi z zewnątrz, jako odkrycie czegoś, co zostało dla mnie przygotowane. To dlatego mam takie pragnienia, to dlatego takie zainteresowania, to dlatego mi się to podoba, dlatego taka myśl przyszła mi do głowy - że jednak seminarium - to wszystko jest dlatego, że najpierw taka myśl ułożyła się w Bogu. To dlatego tak to zobaczyłem, że On najpierw tak to widział. Ten rodzaj pewności nabywa się nie drodze psychologicznej czy socjologicznej analizy, lecz na drodze wiary. W atmosferze nadprzyrodzonego spotkania z Bogiem, człowiek nagle już wie, że Ty, Panie tego dla mnie chciałeś, Ty chciałeś dla mnie kapłaństwa: To jest Twój zamysł, Twoja wola, którą ja stopniowo, na różnych drogach odkrywałem.
         Jeżeli tak właśnie ma się sprawa z powołaniem, to prawdą jest również i to, że jeśli mam powołanie, to właściwie nigdy nie mogę się go pozbyć. Jeżeli Boża myśl o moim kapłaństwie była na samym początku, 'zanim' cokolwiek stało się w moim życiu i 'zanim' sam się stałem, jeżeli tą myślą o mnie jako kapłanie Bóg 'tkał' moje życie, to nie mogę pozbyć się powołania tak jak pozbywam się czegoś, co przyszło do mnie z zewnątrz. Na drodze naszego kapłańskiego życia trzeba nam sobie bardzo jasno to uświadomić. Jak w przypadku Jeremiasza, także i w moim przypadku - jestem z tej odwiecznej, właśnie kapłańskiej, Bożej woli dla mnie. Jeżeli jestem powołany, a odchodzę z seminarium, to odchodzę z kapłańskim powołaniem. Ono nie kończy się za progiem seminaryjnej furty. Ono pójdzie za mną przez całe życie, aż po jego kres i dalej jeszcze na chwilę Bożego sądu. Jeżeli mam powołanie, to naprawdę - najlepiej zostać księdzem. Bo inaczej, będę mężem czy ojcem, mając kapłańskie powołanie. I będzie wtedy we mnie pęknięcie, rozdarcie, które naznaczy moje życie w najdrobniejszych jego przejawach.

ks. Paweł Nowak
 

Bóg zatroskany o powołanych


Bóg, który nad życiem Jeremiasza wypowiedział słowo powołania, objawia się z kolei jako Ten, który "... czuwa nad swoim słowem, by je wypełnić" (w. 12). Nie wystarczyło odwiecznie powołać, ustanowić, ukształtować człowieka swoją wolą. Trzeba nieustannie nad tym swoim dziełem czuwać i strzec go.

Pan Bóg czuwa nad słowem swego powołania najpierw w ten sposób, że broni go przed tym, co zagraża mu w sposób zasadniczy. Tym czymś zaś okazuje się małoduszność samego powołanego. Oto Jeremiasz się boi, lęka. Wprawdzie nie nazywa tego w ten sposób, ale o to właśnie chodzi. Lęk i niechęć do podjęcia powołania schowane są za słowami usprawiedliwienia: "Ach, Panie Boże, przecież nie umiem mówić, bo jestem młodzieńcem!" (w.6). Czyli, Panie Boże - ja się nie nadaje! Zwolnij mnie, zostaw, znajdź kogoś innego. Wobec Jeremiaszowej próby ucieczki Pan Bóg okazuje się nieustępliwy: "... pójdziesz, do kogokolwiek cię poślę, i będziesz mówił, cokolwiek tobie polecę (...) przepasz swoje biodra, wstań i mów wszystko, co ci rozkażę" (w.7.17). Twarde, prawie że nieubłagane słowa. Ale trzeba było je wypowiedzieć - w imię czuwania przy słowie powołania, by się mogło wypełnić.

Również i w moim życiu Pan Bóg czuwa nad powołaniem posianym w mym sercu, by słowo się wypełniło. Czasami broni mego powołania przede mną samym. Bo bywa i w moim życiu, że się chce wycofać, że się boję i lękam, że nie wiem, czy podołam, czy dam radę. I chętnie bym uciekł, wszystko to zostawił. Wydaje mi się, że gdzieś indziej, w innym miejscu, byłoby spokojniej i bezpieczniej. I tam można by było spróbować ułożyć sobie życie. Pan Bóg jednak czuwa, by słowo się wypełniło. Nie ustępuję, nie poddaje się. Ja się zżymam, denerwuję, oburzam. A On broni swego dzieła we mnie. To znaczy broni mnie przed moim lękiem. Próbuje ocalić dla mnie moje własne życie. Jeśli bowiem powołaniem zostałem "utkany", to jeżeli się wycofam, zniszczę subtelną konstrukcję mego życia i nie osiągnę tego, do czego zostałem stworzony.

 

Będąc nieustępliwym, Pan Bóg wie jednak, że przy słowie powołania trzeba czuwać także inaczej. Wie, że ludzki lęk nie jest nieuzasadniony. Lęk Jeremiasza ma podstawę, bo Jeremiasz jest słaby i zdaje sobie z tego sprawę. Czuwać przy powołaniu proroka znaczy także - po prostu - pomóc mu. I taką pomoc Pan Bóg Jeremiaszowi okazuje. W cudowny sposób wzmacnia jego siły i uzdalnia do wypełnienia powierzonej misji: "... wyciągnąwszy rękę, dotknął Pan moich ust i rzekł mi: 'Oto kładę moje słowa w twoje usta. Spójrz, daję ci dzisiaj władzę nad narodami i nad królestwami, byś wyrywał i obalał, byś niszczył i burzył, byś budował i sadził' (...) czynię cię dzisiaj twierdzą warowną, kolumną żelazną i murem spiżowym przeciw całej ziemi, przeciw królom judzkim i ich przywódcom, ich kapłanom, i ludowi tej ziemi, Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię zwyciężyć ..." (w.9-10.18-19a). Jeremiasz podejmuje swe powołanie zaopatrzony przez powołującego go Boga w Jego siłę, moc i mądrość. I w coś jeszcze, a mianowicie w obietnicę nieustannej Bożej obecności: '... jestem z tobą by cię chronić' (w.8.19b).

 

W podobny sposób Pan Bóg czuwa nad każdym innym powołaniem. Także nad moim. Zna moją słabość, wie, że sam sobie nie poradzę i dlatego spieszy mi z pomocą. Uzdalnia mnie do podjęcia zadań związanych z moim powołaniem. On Sam wie najlepiej jakie będą to zadania i czego mi w związku z tym potrzeba. Bardzo starannie, z wielką troskliwością i mądrością zaopatruje mnie na drogę. Czasami dopiero po pewnym czasie można się przekonać, jak mądre jest to Boże prowadzenie, ta Boża pedagogia. Człowiek styka się bowiem z takimi wyzwaniami, które nie tylko że przerastają jego siły, ale okazują się większe od jego przypuszczeń: po prostu nigdy bym się nie spodziewał, że z takimi sprawami w moim powołaniu się zetknę. Okazuje się, że do tych nieprzewidywalnych i trudnych wyzwań jestem w jakiś przedziwny sposób przygotowany: że je podejmuję i jakoś sobie z nimi radzę. To właśnie wyraz owego Bożego czuwania nad moimi powołaniem. Pan wzbudza we mnie myśli, układa je w słowa, radzi podjęcie określonych działań, pomnaża siły ponad ludzką miarę. Po prostu czuwa - by powołanie mogło się zrealizować. Nade wszystko zaś jest! Czasami daje odczuć swoją obecność, czasami wymaga w tym względzie wiary. Tak czy inaczej, pozostaje wierny swemu słowu, że nie zostawi nas sierotami, że aż do końca będzie z nami.

 

Czuwa Pan Bóg nad swoim słowem również i w ten sposób, że bezpiecznie przeprowadza powołanie przez historię życia ludzkiego. Zwłaszcza przez to wszystko, co powołaniu zagraża. Bywa czasami tak, że powołanie poczyna się, rodzi i rozwija w środowisku właściwie dla siebie niesprzyjającym. W warunkach które zazwyczaj uważa się za obce lub nawet wrogie powołaniu. Trochę tak jakby posiać ziarno na glebie piaszczystej lub próbować siewu akurat koniecznie podczas najtęższych mrozów. Zdarza się, że ktoś odkrywa powołanie w środowisku niewiary lub obojętności religijnej. Ktoś inny w rodzinie patologicznej. Jeszcze ktoś inny w czasie dla siebie akurat najtrudniejszym, wtedy gdy doświadczał np. jakichś życiowych dramatów czy rozterek. Postronni obserwatorzy dziwią się, że z takiego właśnie domu, z takiego środowiska, w takim właśnie czasie Pan Bóg kogoś powołuje. Powątpiewają, czy 'coś z tego będzie'. Również i sama osoba powołana pełna jest wątpliwości. Zwłaszcza, gdy po pewnym czasie jaśniej uświadomi sobie 'z czego wyrasta'. Może się zdarzyć, że osoba powołana, zanim podjęła swoje powołanie, prowadziła życie bardzo odbiegające od jego ducha. Doświadczenia tego życia są tak mocne, że nie da się od nich od razu uwolnić. Kładą się cieniem na historii powołania. Bardzo ją utrudniają, komplikują. Bywa również i tak, że ktoś, już żyjąc swoim powołaniem, 'narobił różnych głupstw' i teraz - choć powołanie jeszcze nie jest zmarnowane - to jednak bardzo trudno wyprostować poplątane ścieżki.

We wszystkich tych i im podobnych życiowych historiach trzeba pamiętać o Bogu, który czuwa nad swoim słowem. Jeżeli Pan Bóg wypowiedział nad kimś słowo powołania, to wiedział, co robi. Nawet jeśli historia czyjegoś życia wydaje się zasadniczo nieodpowiednia dla powołania, jeśli Bóg powołał, to On także z tą dziwną historią będzie umiał sobie poradzić. Może droga będzie dłuższa czy cięższa, ale dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. On potrafi wykorzystać taką czy inną historię dla zrealizowania swoich, być może nam ludziom bliżej nieznanych planów i zamiarów. Bóg bowiem wiernie czuwa nad swoim słowem, aż się zrealizuje.

 

Pan Bóg czuwa wreszcie nad moim powołaniem również i tak, że pilnuje bym pozostał wierny do końca. Jakżeż wiele rozterek przeżywa człowiek, gdy pomyśli sobie z przestrachem o całym życiu, które jest przed nim. Po prostu boi się, czy wytrwa. Chyba każdy z nas przeżywał to uczucie. To niespokojne pytanie: czy dam radę, czy wytrwam, czy nie zdradzę, czy nie odejdę. Najczęściej myślimy o tym w sposób bardzo nieodpowiedni. Z jednej strony wydaje się nam, że coś strasznego stać się musi, że widmo jakiegoś nieszczęścia w powołaniu jest nieuchronne. Z drugiej zaś, Pana Boga rozumiemy jako Kogoś, kto przygląda się naszemu życiu i tylko patrzy, czy już się nam podwinęła noga, czy już trzeba nas ewentualnie za niewierność ukarać. Właściwa perspektywa myślenia jest zupełnie inna. Bóg nie jest biernym obserwatorem, zimnym i nieczułym. On jest Kimś, kto w życie człowieka jest bardzo głęboko zaangażowany. Panu Bogu bardzo zależy na tym, bym wytrwał, bym pięknie przeżył swoje powołanie. On wkłada całego Siebie w tę troskę o moje powołanie. To prawda, że przyjdą chwile trudne. To prawda, że na powołanie mogą przyjść momenty kryzysu. Ale to nie oznacza końca wszystkiego. To jest próba, przez którą trzeba przejść. I to nie samemu, ale przy bardzo czynnej pomocy Bożej.

 

Tego, czego Pan Bóg oczekuje od Jeremiasza to przede wszystkim odwaga. Prorokowi nie wolno się bać. Jeśli uświadomimy sobie całe zaangażowanie Pana Boga
w powołanie Jeremiasza trudno temu się dziwić. Strach i lęk są naprawdę zupełnie nie na miejscu. Są nawet jakąś winą, za którą może spotkać kara. W w.17 czytamy na ten temat bardzo ciekawe słowa: "Nie lękaj się ich, bym cię czasem nie napełnił lękiem przed nimi." Karą za lęk jest lęk. To znaczy, jeżeli człowiek pomimo całej Bożej pomocy ciągle się boi, to Pan Bóg dopiero dopuści na niego lęk prawdziwy. Dopiero wtedy człowiek dowie się, co to znaczy bać się naprawdę.

Lęk w życiu człowieka powołanego jest czymś niewłaściwym, a może stać się grzechem. Zdradza bowiem jakąś podstawową niewiarę w moc Bożą. Pokazuje, że tak naprawdę to ciągle ufamy sobie, a nie Bogu. Warto czasami pomyśleć sobie o tym wszystkim, czego się w naszym powołaniu lękamy. I uświadomić sobie, jak czasami są to błahe i mało istotne sprawy. Takie, które niepotrzebnie niszczą piękno naszego życia. Potrzeba przekraczać w tym względzie samego siebie, by i nas Pan nie ukarał tak, jak groził Jeremiaszowi: jak się będziesz ciągle bał, to dopiero spuszczę na ciebie lęk prawdziwy. I wtedy poznasz, co to znaczy strach.


ks. Paweł Nowak